Beowulf (bez zdradzania, ze Bruce Willis jest duchem itp.)

Kategoria: Dla tych, ktorzy nad MegaHit przedkladaja Mistrzow Kina.

Wersja archiwalna tematu "Beowulf (bez zdradzania, ze Bruce Willis jest duchem itp.)" z grupy pl.hum.x-muza



Michal Olszewski
1 Gru 2007, 06:10
Nie ma w kinach nic dobrego. A jak już jakimś cudem jest, to o dziwnych
porach. Wiem, że znowu narzekam, ale trudno się z tym nie zgodzić.
Niektórzy tetrycy (chyba po pijaku) próbują zachwalać "Bee Movie" albo
nowego residenta. A to przecież dolne regiony klasy średniej.

Żeby jeszcze bardziej utwierdzić się w moim przekonaniu poszedłem na
"Beowulfa". Wiem, że jesteście ciekawi jakie przygody spotkały mnie przy
kasie. Kolejki były - nic więcej.

Film przyciągnął mnie przede wszystkim ze względu na technikę wykonania.
Poza tym w scenariuszu maczał swoje brudne palce Gainman, a dubbing pod
głównego bohatera podawał Ray "Krwawy Will" Winstone. I niech mnie
dundel świśnie, jeśli nie jest to jeden z najlepszych dubbingów, jaki
spotkałem (_ever_). Czułem się jakby szkocko-irlandzki pijak kopał mnie
brudnymi buciorami po uszach.

Wszystko spiął do kupy Zemeckis, którego filmy oscylują po całym
spektrum jakości - natomiast nie można mu odmówić doświadczenia i odwagi
w eksperymentowaniu. "B" jest oczywiście jaśniejszym punktem w jego
filmografii - zaraz obok tej genialnej trylogii o nastolatku, szalonym
naukowcu i pętlach czasowych.

Gdyby nie "Back to the Future" w ogóle nie czaiłbym dzisiaj o co chodzi
z tymi całymi podróżami w czasie, paradoksami i w ogóle. Możecie
opowiadać godzinami o dwóch bliźniakach podróżujących rakietą i o
zabijaniu swojego pradziadka, a jedyne co z tego zapamiętam, to zdjęcie
Einsteina pokazującego język. Pokażcie jednak dowolną część "BTTF", a
przytaknę, robiąc uczoną minę profesora.

Ale wracając do "Beowulfa": nie jest to może hit roku, ale powiedzmy
miesiąca - a na pewno tygodnia. To coś w stylu filmu animowego, gdzie
modele są zarąbiście wzorowane na prawdziwych aktorach. I chociaż ich
oczy nie działają poprawnie, a Malkovicha rozpoznałem dopiero po paru
chwilach - to jednak robi wrażenie.

Jednak najważniejszy wniosek z tego filmu dotarł do mnie cały tydzień po
seansie: uwaga, ludzie, uwaga, tak powinien wyglądać "Wiedźmin".

Tak powinien być zrealizowany. Czyli: animacja komputrowa + rubaszny
humor (niemal jak ze stron Sapkowskiego) + fajoskie celtyckie bestiarium
+ mroczny klimat północnej Europy + niezniszczalny bohater, który czasem
zrobi dobrze, czasem źle, ale zawsze poniesie trudne konsekwencje swoich
wyborów. Ten film ma właściwy "feel". Zabierzcie na seans Sapka i potem
spytajcie. Jestem pewien, że przybije mi piątkę.

Zaraz pewnie wyskoczy jakiś usenetowy geek i będzie wymagał, żebym
wskazał, która minuta w filmie przypominała mi którą stronę w jednej z
książek, które czytałem 140 lat temu.

Ludzie - wiem już czego zabrakło rodzimej ekranizacji "Wiedźmina" -
zabrakło 65 mln dolców. I wyobraźni. I wierności oryginałowi. Dobra,
zostańmy przy dolcach.

Michal Jankowski
1 Gru 2007, 06:53

Michal Olszewski <adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrites:
Ludzie - wiem już czego zabrakło rodzimej ekranizacji "Wiedźmina" -
zabrakło 65 mln dolców. I wyobraźni. I wierności oryginałowi. Dobra,
zostańmy przy dolcach.


A ten B. to jest wierny oryginałowi?

  MJ

Michal Radomil Wisniewski
1 Gru 2007, 07:00

Wszystko spiął do kupy Zemeckis, którego filmy oscylują po całym
spektrum jakości


A nie jest tak, że poza BTTF robi same syfska? A nie, czekaj, Roger,
Romancing the stone... Może inaczej: Zemeckis poza 80s robił same syfska?

m.

Wojciech Orlinski
1 Gru 2007, 07:33
On 2007-12-01 12:10:54 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

Nie ma w kinach nic dobrego.


Mi się Michael Clayton bardzo podobał.

Niektórzy tetrycy (chyba po pijaku) próbują zachwalać "Bee Movie"


Nie dam się na to zaciągnąc - jakoś mnie kompletnie trailery zraziły.

Żeby jeszcze bardziej utwierdzić się w moim przekonaniu poszedłem na
"Beowulfa".


Na to też.

Wszystko spiął do kupy Zemeckis, którego filmy oscylują po całym
spektrum jakości


Między gównem, szitem a krapem.

Michał Gancarski
1 Gru 2007, 08:22

[...]

| Nie ma w kinach nic dobrego.

Mi się Michael Clayton bardzo podobał.


Bo dobry jest tylko końcówka mało przytupnięta.

[...]

Michal Olszewski
1 Gru 2007, 08:34

Michal Jankowski wrote:
Michal Olszewski <adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrites:

| Ludzie - wiem już czego zabrakło rodzimej ekranizacji "Wiedźmina" -
| zabrakło 65 mln dolców. I wyobraźni. I wierności oryginałowi. Dobra,
| zostańmy przy dolcach.

A ten B. to jest wierny oryginałowi?


Na szczęście nie wiem.

Michal Olszewski
1 Gru 2007, 09:11

Michal Radomil Wisniewski wrote:

| Wszystko spiął do kupy Zemeckis, którego filmy oscylują po całym
| spektrum jakości

A nie jest tak, że poza BTTF robi same syfska? A nie, czekaj, Roger,
Romancing the stone... Może inaczej: Zemeckis poza 80s robił same syfska?


I teraz poza "Beowulfem"? Mi się jeszcze podobał "Biegnij, Forrest"
(choćby za to, że ma jednocześnie takich die hard przeciwników i die
hard zwolenników). I ten film o współczesnym Robinsonie z FedExu to taka
średnia średniość. Fabularnie poprawny, chociaż w sumie banalny. Reszta
to faktycznie słabizna. Przynajmniej tak na szybko nie przypominam sobie
nic ciekawego, a nie chce mi się zaglądać do imdb.

str
1 Gru 2007, 09:29

<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrote:
I teraz poza "Beowulfem"? Mi się jeszcze podobał "Biegnij, Forrest"
(choćby za to, że ma jednocześnie takich die hard przeciwników i die
hard zwolenników). I ten film o współczesnym Robinsonie z FedExu to taka
średnia średniość. Fabularnie poprawny, chociaż w sumie banalny. Reszta
to faktycznie słabizna. Przynajmniej tak na szybko nie przypominam sobie
nic ciekawego, a nie chce mi się zaglądać do imdb.


1941. :-)

Michal Jankowski
1 Gru 2007, 09:29

Michal Olszewski <adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrites:
| Ludzie - wiem już czego zabrakło rodzimej ekranizacji "Wiedźmina" -
| zabrakło 65 mln dolców. I wyobraźni. I wierności oryginałowi. Dobra,
| zostańmy przy dolcach.

| A ten B. to jest wierny oryginałowi?

Na szczęście nie wiem.


Prisajzli.

Stety czy niestety, odbiór filmu mocno zależy od tego, czy się czytało
(i lubiło) książkę...

  MJ

Michal Olszewski
1 Gru 2007, 10:41

Michal Jankowski wrote:
Michal Olszewski <adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrites:

| Ludzie - wiem już czego zabrakło rodzimej ekranizacji "Wiedźmina" -
| zabrakło 65 mln dolców. I wyobraźni. I wierności oryginałowi. Dobra,
| zostańmy przy dolcach.
| A ten B. to jest wierny oryginałowi?
| Na szczęście nie wiem.

Prisajzli.

Stety czy niestety, odbiór filmu mocno zależy od tego, czy się czytało
(i lubiło) książkę...


Ale (nie licząc fabuły) "Beowulf" jest wierny oryginalnemu "Wiedźminowi". :)

Michal Olszewski
1 Gru 2007, 10:45

str wrote:

<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrote:

| I teraz poza "Beowulfem"? Mi się jeszcze podobał "Biegnij, Forrest"
| (choćby za to, że ma jednocześnie takich die hard przeciwników i die
| hard zwolenników). I ten film o współczesnym Robinsonie z FedExu to taka
| średnia średniość. Fabularnie poprawny, chociaż w sumie banalny. Reszta
| to faktycznie słabizna. Przynajmniej tak na szybko nie przypominam sobie
| nic ciekawego, a nie chce mi się zaglądać do imdb.

1941. :-)


Myślałem że to Spielberga! Ale widzę, że za scenariusz odpowiada
Zemeckis. Ofkors arcydzieło gatunku (jestem robakiem).

str
1 Gru 2007, 11:27

<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comwrote:
| 1941. :-)

Myślałem że to Spielberga! Ale widzę, że za scenariusz odpowiada
Zemeckis. Ofkors arcydzieło gatunku (jestem robakiem).


Drewnianym :-)

Michał Gancarski
1 Gru 2007, 11:54

[...]

| Stety czy niestety, odbiór filmu mocno zależy od tego, czy się czytało
| (i lubiło) książkę...

Ale (nie licząc fabuły) "Beowulf" jest wierny oryginalnemu "Wiedźminowi". :)


E tam. Znacznie mniej gorzkiej ironii, a bohater jakoś tak nie budzi
sympatii.

Michal Olszewski
27 Gru 2007, 16:19

Michał Gancarski wrote:

[...]

| Nie ma w kinach nic dobrego.
| Mi się Michael Clayton bardzo podobał.

Bo dobry jest tylko końcówka mało przytupnięta.


Polecaliście, więc poszedłem. Zgoda: musiałem to przemyśleć, więc zajęło
to cztery tygodnie - ale ogładnąłem. Właściwie stałem przed wyborem -
albo Clayton, albo "Zgon na pogrzebie". Długo nie dowiem się, czy dobrze
wybrałem.

Film był spoko. Nie mam zastrzeżeń. A właściwie mam tylko jedno. Ale
niewielkie.

Czy gdyby całą fabułę puścić chronologicznie, jak Bóg przykazał, bez
tych pretensjonalnych "4 dni wcześniej" i innych "a teraz sam się,
widzu, domyśl jak ta scena ma się do ostatnich 10 minut filmu" - to czy
nadal byłby tak dobry? Czy czasem nie ciągnąłby się jak flaki z olejem,
jednocześnie będąc boleśnie przewidywalnym?

Jak na to spojrzeć krytycznie, to fabuła jest dość prostolinijna (może
poza ostatnimi 10 minutami). Wygląda mi to na podręcznikowy przykład
uratowania filmu poprzez poprzekładanie klocków. Nad nowym ułożeniem
tych klocków czuwał sam Soderbergh - więc efekt jest przynajmniej w 1/10
tak dobry jak w "Traffic". Czyli jest gwoździem trzymającym cały film
znacznie wyżej ponad fabułą, którą faktycznie opowiada.

Michał Gancarski
27 Gru 2007, 16:50

[...]

| Bo dobry jest tylko końcówka mało przytupnięta.

Polecaliście, więc poszedłem. Zgoda: musiałem to przemyśleć, więc zajęło
to cztery tygodnie - ale ogładnąłem. Właściwie stałem przed wyborem -
albo Clayton, albo "Zgon na pogrzebie". Długo nie dowiem się, czy dobrze
wybrałem.


Bardzo dobrze, "Zgon" ssie, komediowy zawód roku.

Film był spoko. Nie mam zastrzeżeń. A właściwie mam tylko jedno. Ale
niewielkie.

Czy gdyby całą fabułę puścić chronologicznie, jak Bóg przykazał, bez
tych pretensjonalnych "4 dni wcześniej" i innych "a teraz sam się,
widzu, domyśl jak ta scena ma się do ostatnich 10 minut filmu" - to czy
nadal byłby tak dobry? Czy czasem nie ciągnąłby się jak flaki z olejem,
jednocześnie będąc boleśnie przewidywalnym?


A gdyby tak puścić "Memento" chronologicznie, to czy nie byłoby tam
spoilerów? Ja tego typu przeskoki i powiązania lubię, np. równoległa akcja
w "Ukrytej strategii" podobała mi się bardzo.

Jak na to spojrzeć krytycznie, to fabuła jest dość prostolinijna (może
poza ostatnimi 10 minutami). Wygląda mi to na podręcznikowy przykład
uratowania filmu poprzez poprzekładanie klocków. Nad nowym ułożeniem
tych klocków czuwał sam Soderbergh - więc efekt jest przynajmniej w 1/10
tak dobry jak w "Traffic". Czyli jest gwoździem trzymającym cały film
znacznie wyżej ponad fabułą, którą faktycznie opowiada.


Bo fabuły zazwyczaj mało ważne są.

Michal Olszewski
28 Gru 2007, 04:19

Michał Gancarski wrote:

[...]

| Bo dobry jest tylko końcówka mało przytupnięta.
| Polecaliście, więc poszedłem. Zgoda: musiałem to przemyśleć, więc zajęło
| to cztery tygodnie - ale ogładnąłem. Właściwie stałem przed wyborem -
| albo Clayton, albo "Zgon na pogrzebie". Długo nie dowiem się, czy dobrze
| wybrałem.

Bardzo dobrze, "Zgon" ssie, komediowy zawód roku.


Seryjnie? Coś wątpię, znajoma polecała, na imdb wysoka ocena też.

| Jak na to spojrzeć krytycznie, to fabuła jest dość prostolinijna (może
| poza ostatnimi 10 minutami). Wygląda mi to na podręcznikowy przykład
| uratowania filmu poprzez poprzekładanie klocków. Nad nowym ułożeniem
| tych klocków czuwał sam Soderbergh - więc efekt jest przynajmniej w 1/10
| tak dobry jak w "Traffic". Czyli jest gwoździem trzymającym cały film
| znacznie wyżej ponad fabułą, którą faktycznie opowiada.

Bo fabuły zazwyczaj mało ważne są.


W przypadku tego filmu zgadzam się w 99%. Bardzo podobały mi się
postaci, ich charakterystyka - najciekawsza oczywiście była postać Tildy
Swinton. Swinton jest tu takim typem bedgaja, jakim Matt Damon gudgaja w
Bournie.

Wojciech Orlinski
28 Gru 2007, 05:54
On 2007-12-28 10:19:56 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

Swinton jest tu takim typem bedgaja, jakim Matt Damon gudgaja w
Bournie.


Rozwiniesz?

Michał Gancarski
28 Gru 2007, 06:05

[...]

| Polecaliście, więc poszedłem. Zgoda: musiałem to przemyśleć, więc zajęło
| to cztery tygodnie - ale ogładnąłem. Właściwie stałem przed wyborem -
| albo Clayton, albo "Zgon na pogrzebie". Długo nie dowiem się, czy dobrze
| wybrałem.

| Bardzo dobrze, "Zgon" ssie, komediowy zawód roku.

Seryjnie? Coś wątpię, znajoma polecała, na imdb wysoka ocena też.


Mówię Ci, niewypał. Wyraźny potencjał ale niewypał. A ja przecież lubię
angielski humor. Nie to, że się nie śmiałem ale jakoś tak za mało i dość
często w innych miejscach niż reszta sali (co oczywiście może dowodzić, że
jestem dziwakiem, a nie że film jest zły).

| Jak na to spojrzeć krytycznie, to fabuła jest dość prostolinijna (może
| poza ostatnimi 10 minutami). Wygląda mi to na podręcznikowy przykład
| uratowania filmu poprzez poprzekładanie klocków. Nad nowym ułożeniem
| tych klocków czuwał sam Soderbergh - więc efekt jest przynajmniej w 1/10
| tak dobry jak w "Traffic". Czyli jest gwoździem trzymającym cały film
| znacznie wyżej ponad fabułą, którą faktycznie opowiada.

| Bo fabuły zazwyczaj mało ważne są.

W przypadku tego filmu zgadzam się w 99%. Bardzo podobały mi się
postaci, ich charakterystyka - najciekawsza oczywiście była postać Tildy
Swinton. Swinton jest tu takim typem bedgaja, jakim Matt Damon gudgaja w
Bournie.


Nie rozumiem :-)

Michal Olszewski
28 Gru 2007, 09:36

Wojciech Orlinski wrote:
On 2007-12-28 10:19:56 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

| Swinton jest tu takim typem bedgaja, jakim Matt Damon gudgaja w
| Bournie.

Rozwiniesz?


Ona nie jest jednoznacznie zła - tak jak Bourne nie jest jednoznacznie
dobry. Ona nie chce zawładnąć światem, wydawanie wyroków śmierci nie
sprawia jej przyjemności. Ona nawet nie lubi przekupywać ludzi. Jej
problem polega na tym, że została umoczona. I chce się z tego szajsu jak
najszybciej wygrzebać. Podobnie Bourne: on nie demaskuje szpiegowskich
afer bo jest Wielkiem Demaskatorem Afer O Czystym Sercu Działającym Dla
Dobra Ludzkości. On chce się wygrzebać z szajsu - więc idzie po trupach.
Tak się składa, że po trupach przeszkadzających mu w życiu aferzystów.

Ale nie zrozumcie mnie źle - ja jej nie rozgrzeszam. Postać Swinton to
pierdołowate pozbawione granic moralnych zwierzę korporacyjne. Przez to
jest śmiertelnie niebezbieczna dla otoczenia i powinna siedzieć w celi.

Rufus T. Firefly
28 Gru 2007, 12:15

Ona nie jest jednoznacznie zła - tak jak Bourne nie jest jednoznacznie
dobry. Ona nie chce zawładnąć światem, wydawanie wyroków śmierci nie
sprawia jej przyjemności. Ona nawet nie lubi przekupywać ludzi. Jej
problem polega na tym, że została umoczona. I chce się z tego szajsu jak
najszybciej wygrzebać. Podobnie Bourne: on nie demaskuje szpiegowskich
afer bo jest Wielkiem Demaskatorem Afer O Czystym Sercu Działającym Dla
Dobra Ludzkości. On chce się wygrzebać z szajsu - więc idzie po trupach.
Tak się składa, że po trupach przeszkadzających mu w życiu aferzystów.

Ale nie zrozumcie mnie źle - ja jej nie rozgrzeszam. Postać Swinton to
pierdołowate pozbawione granic moralnych zwierzę korporacyjne. Przez to
jest śmiertelnie niebezbieczna dla otoczenia i powinna siedzieć w celi.


IMO na tym w ogóle polega patent Gilroya na pisanie postaci: każdemu dać
odpowiednio dużo sprzecznych cech, żeby nie dało się postaci prosto
zakwalifikować. "Michael Clayton" jest przecież rewelacyjny w tym, że
bedgaja pokazuje w kiblu, jak mu się ze strachu pocą pachy, a później w
domu, jak ćwiczy frazy, które musi publicznie rzucić na chłodno i bez
zmrużenia oka. W ogóle, każda ważniejsza postać tego filmu łapie się na
modelowy przykład jak wpisać w ekranową rolę człowieka, a nie scenariuszowy
konstrukt. Włącznie z kapitalnym posunięciem z obsadzeniem Pollacka w roli
szefa (przy założeniu, że każdy inteligentny widz od razu czuje do Pollacka
sympatię).

BTW - "umoczona" to jest złe określenie. Mam wrażenie, że inny
międzywierszowy patent Gilroya polega na sugerowaniu, że każdy ponosi
konsekwencje SWOICH wyborów. Wybrał w pewnym momencie życia określoną drogę,
która potem prędzej czy później zakręca i wjeżdża mu głęboko w zadek.

Swojo drogo ten sam patent wykorzystuje przecież w filmach Ang Lee. Spytałem
go o to dlaczego ma taką chroniczną niechęć do pokazywania postaci, które
dałoby się łatwo ocenić i udzielił mniej więcej takiej samej odpowiedzi,
jaką mógłby dać Gilroy: bo każdy ma swoje powody, a my i tak wszystkich nie
poznamy. U niego to oczywiście wynika z filozofii unikania oceny drugiego
człowieka, a nie ze znudzenia hollywoodzkiego scenarzysty schematami, ale
skutek jest ten sam.

Michal Olszewski
28 Gru 2007, 14:01

Rufus T. Firefly wrote:

| Ona nie jest jednoznacznie zła - tak jak Bourne nie jest jednoznacznie
| dobry. Ona nie chce zawładnąć światem, wydawanie wyroków śmierci nie
| sprawia jej przyjemności. Ona nawet nie lubi przekupywać ludzi. Jej
| problem polega na tym, że została umoczona. I chce się z tego szajsu jak
| najszybciej wygrzebać. Podobnie Bourne: on nie demaskuje szpiegowskich
| afer bo jest Wielkiem Demaskatorem Afer O Czystym Sercu Działającym Dla
| Dobra Ludzkości. On chce się wygrzebać z szajsu - więc idzie po trupach.
| Tak się składa, że po trupach przeszkadzających mu w życiu aferzystów.

| Ale nie zrozumcie mnie źle - ja jej nie rozgrzeszam. Postać Swinton to
| pierdołowate pozbawione granic moralnych zwierzę korporacyjne. Przez to
| jest śmiertelnie niebezbieczna dla otoczenia i powinna siedzieć w celi.

IMO na tym w ogóle polega patent Gilroya na pisanie postaci: każdemu dać
odpowiednio dużo sprzecznych cech, żeby nie dało się postaci prosto
zakwalifikować. "Michael Clayton" jest przecież rewelacyjny w tym, że
bedgaja pokazuje w kiblu, jak mu się ze strachu pocą pachy, a później w
domu, jak ćwiczy frazy, które musi publicznie rzucić na chłodno i bez
zmrużenia oka.


Kurcze - to były najmocniejsze sceny tego filmu. Cały film spodobał mi
się tak naprawdę z powodu czterech sekwencji, z których dwie wymieniłeś
powyżej. Pozostałe dwie to:
3. Swinton dająca zielone światło hitmanom.
4. Clooney w aucie z synem, po spotkaniu wspólnika-pijaczka.

 W ogóle, każda ważniejsza postać tego filmu łapie się na

modelowy przykład jak wpisać w ekranową rolę człowieka, a nie scenariuszowy
konstrukt. Włącznie z kapitalnym posunięciem z obsadzeniem Pollacka w roli
szefa (przy założeniu, że każdy inteligentny widz od razu czuje do Pollacka
sympatię).

BTW - "umoczona" to jest złe określenie. Mam wrażenie, że inny
międzywierszowy patent Gilroya polega na sugerowaniu, że każdy ponosi
konsekwencje SWOICH wyborów. Wybrał w pewnym momencie życia określoną drogę,
która potem prędzej czy później zakręca i wjeżdża mu głęboko w zadek.


Została umoczona w znaczeniu, że rozwiązuje problem, którego nie
stworzyła (to nie ona wpuściła zabójczy środek na rynek, to nie przez
nią załamała się obrona sądowa). Ale nadal ponosi konsekwencje swoich
wyborów - w takim znaczeniu, że sama wybiera drogę rozwiązania tego
problemu.

BTW Anga Lee jak tam "Lust, Caution"? Widziałeś może?

Rufus T. Firefly
28 Gru 2007, 16:06

Kurcze - to były najmocniejsze sceny tego filmu. Cały film spodobał mi
się tak naprawdę z powodu czterech sekwencji, z których dwie wymieniłeś
powyżej. Pozostałe dwie to:
3. Swinton dająca zielone światło hitmanom.
4. Clooney w aucie z synem, po spotkaniu wspólnika-pijaczka.


Ta. Ale sporo innych było równie dobrych. Tak jak byłem rozczarowany
rumuńskim "4-3-2" między innymi dlatego, że lapie się przewidywalnych
chwytów, które przez przewidywalnosc zupelnie na mnie nie dzialaja, tak w
Claytonie lustrzana scena z 4-3-2 byla moim zdaniem bardzo dobra. Mowie o
scenie z cyklu "cierpiący bohater nagle w innym świecie", czyli analogii
miedzy scena z impreza u rodzicow w czasie kiedy ma sie na glowie jakis
straszny problem (Mungiu) i impreza u rodziny, kiedy Clooney jest gleboko w
dupie i mysli o czym innym.

| BTW - "umoczona" to jest złe określenie. Mam wrażenie, że inny
| międzywierszowy patent Gilroya polega na sugerowaniu, że każdy ponosi
| konsekwencje SWOICH wyborów. Wybrał w pewnym momencie życia określoną
| drogę,
| która potem prędzej czy później zakręca i wjeżdża mu głęboko w zadek.

Została umoczona w znaczeniu, że rozwiązuje problem, którego nie
stworzyła (to nie ona wpuściła zabójczy środek na rynek, to nie przez
nią załamała się obrona sądowa). Ale nadal ponosi konsekwencje swoich
wyborów - w takim znaczeniu, że sama wybiera drogę rozwiązania tego
problemu.


Ale w tym wlasnie IMO wyraza sie koncepcja Gilroya Zdecydowales To Teraz
Cierp. Jak zajmujesz kierownicze stanowisko w korporacji, to nie dlatego, ze
masz ladniejszy garnitur niz inni, tylko dlatego, ze poprzednik odwalil
jakas straszna kaszane, za ktora go wypieprzyli i teraz zajmujesz jego
miejsce, zeby posprzatac rozmazana po scianach kupe. Jesli nie lubisz
sprzatac kupy, zajmij sie raczej krytyka filmowa za 3,50zł, a nie
korporacyjnym jobem za 3,5 mln. Film pokazuje pania menedzer w momencie, w
ktorym musi zareagowac na typowy korporacyjny problem, w którym nikogo nie
interesuje, co ona sobie prywatnie może myśleć. Ma działać w interesie
udziałowców i koniec. Prywatnie ma mokrą pachę, a publicznie ma stalowy
zwieracz i patrzy z uśmiechem w kamerę.

BTW Anga Lee jak tam "Lust, Caution"? Widziałeś może?


Widziałem. IMO dobry, choć w kontekście rozmowy z Lee uważam, że nie do
zrozumienia dla Europejczyka w sposób, w jaki widzi go reżyser. Facet
wykładał mi np. jakie znaczenie ma tytuł w kontekście wieloznaczności
określającego go chińskiego znaku i jego etymologii. Dla mnie to po prostu
kolejny rozdział tej samej historii opowiadanej od zawsze przez Lee, czyli
"Kultura vs. natura, albo Jak kultura i konwenanse nakładają nam kaganiec,
przez który nie wolno nam pokazać kim jesteśmy. I nie pokazujemy, dopóki nie
zdarzy się coś, co nas z kulturowej klatki wyrywa.". Roztrąbione sceny seksu
nie są wcale "na granicy pornografii". Są niezłe po prostu. Jak w filmie dla
dorosłego widza, a nie dla gówniarzy. Swoją drogą Lee robi w filmie
identyczny zabieg, jak Gilroy obsadzając Pollacka w roli szefa firmy
prawniczej. U niego w roli sadystycznego sukinsyna torturującego więźniów
jest Tony Leung. Siedzisz przed ekranem i chcesz być sadystycznym sukinsynem
torturującym więźniów.

Wojciech Orlinski
29 Gru 2007, 07:43
On 2007-12-28 20:01:49 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

4. Clooney w aucie z synem, po spotkaniu wspólnika-pijaczka.


BRATA!!!

Została umoczona w znaczeniu, że rozwiązuje problem, którego nie
stworzyła (to nie ona wpuściła zabójczy środek na rynek, to nie przez
nią załamała się obrona sądowa).


Bo jej rola to chyba najlepsza ilustracja mechanizmu, o którym pisał
Bauman w "Nowoczesności i zagładzie". Nikt nie chciałby smażyć dzieci
żywcem w ogniu. Ale jeśli to rozpisać na malutkie etapy, w których
smażenie wietnamskich dzieci napalmem zaczyna się od robotnika, który
tylko ma dobrą pracę w zakładach zbrojeniowych gdzieś w Midweście po
pilota, który tylko nacisnął guzik, to nie ma winnych, są sami
sympatyczni ludzie, które swoim dzieciom czytają bajki do snu. Swinton
to jest taka w zasadzie niewinna osoba i ona nawet nigdy nie
powiedziała "zabijcie go", zawsze ma jakieś eufemizmy, jak Eichmann.

Michał Gancarski
29 Gru 2007, 09:33

[...]

Bo jej rola to chyba najlepsza ilustracja mechanizmu, o którym pisał
Bauman w "Nowoczesności i zagładzie". Nikt nie chciałby smażyć dzieci
żywcem w ogniu. Ale jeśli to rozpisać na malutkie etapy, w których
smażenie wietnamskich dzieci napalmem zaczyna się od robotnika, który
tylko ma dobrą pracę w zakładach zbrojeniowych gdzieś w Midweście po
pilota, który tylko nacisnął guzik, to nie ma winnych, są sami
sympatyczni ludzie, które swoim dzieciom czytają bajki do snu. Swinton
to jest taka w zasadzie niewinna osoba i ona nawet nigdy nie
powiedziała "zabijcie go", zawsze ma jakieś eufemizmy, jak Eichmann.


E tam. Swinton była decydentem. Nie była sympatyczna i nie czytała dzieciom
bajek. Żaden tam niewinny robotnik, który pracował w fabryce Michelin,
której opony być może były założone na felgi samochodu, którym jeździły
wynajęte przez nią zbiry ani też miła recepcjonistka w biurze koncernu
metalurgicznego, który dostarczył stopy niezbędne do odlania elementów
zapalnika bomby, która znalazła się w samochodzie Claytona.

To nie był "mechanizm", tylko konkretne decyzje, podjęte po dłuższej chwili
zastanowienia. Nie ma co odzierać tej pani z jej własnych wyborów, one były
jej i nikogo innego. Swinton z pewnością nie była ofiarą bezosobowego
mechanizmu, nie bardziej niż ktokolwiek inny.

Rufus T. Firefly
29 Gru 2007, 10:40

| Bo jej rola to chyba najlepsza ilustracja mechanizmu, o którym pisał
| Bauman w "Nowoczesności i zagładzie". Nikt nie chciałby smażyć dzieci
| żywcem w ogniu. Ale jeśli to rozpisać na malutkie etapy, w których
| smażenie wietnamskich dzieci napalmem zaczyna się od robotnika, który
| tylko ma dobrą pracę w zakładach zbrojeniowych gdzieś w Midweście po
| pilota, który tylko nacisnął guzik, to nie ma winnych, są sami
| sympatyczni ludzie, które swoim dzieciom czytają bajki do snu. Swinton
| to jest taka w zasadzie niewinna osoba i ona nawet nigdy nie
| powiedziała "zabijcie go", zawsze ma jakieś eufemizmy, jak Eichmann.

E tam. Swinton była decydentem. Nie była sympatyczna i nie czytała
dzieciom
bajek. Żaden tam niewinny robotnik, który pracował w fabryce Michelin,
której opony być może były założone na felgi samochodu, którym jeździły
wynajęte przez nią zbiry ani też miła recepcjonistka w biurze koncernu
metalurgicznego, który dostarczył stopy niezbędne do odlania elementów
zapalnika bomby, która znalazła się w samochodzie Claytona.

To nie był "mechanizm", tylko konkretne decyzje, podjęte po dłuższej
chwili
zastanowienia. Nie ma co odzierać tej pani z jej własnych wyborów, one
były
jej i nikogo innego. Swinton z pewnością nie była ofiarą bezosobowego
mechanizmu, nie bardziej niż ktokolwiek inny.


Właśnie. To jest zresztą kolejny powód, dla którego sposób pisania postaci
przez Gilroya mi odpowiada. Z jednej strony to ludzie, którzy wybrali taką,
a nie inną drogę życiową i zdają sobie sprawę, że ten wybór muszą okupić
różnymi działaniami, na które w optymalnej sytuacji pewnie by się nie
zgodzili. Ale optymalne sytuacje są w laboratoriach, a na ulicy trzeba
przeżyć. Z drugiej strony Gilroy od tych kilku lat, jak zrobił się z niego
prawdziwy scenarzysta, a nie dostarczyciel jakichś szajsowatych adwokatów
diabła, zawsze daje radę wrzucić do scenariusza (wnioskuję z filmów, nie
znam tekstu) sceny, w których widz dobrze widzi, że nie ma przed sobą
niewinnych, tylko osoby o predyspozycjach do pokazanych zachowań.
Niezależnie od wszystkich problemów tożsamościowo-prześladowczych, Bourne
JEST zimnokrwistym mordercą, tak samo jak jego kumpel z agencji, z którym
strzelali się na polu w pierwszej części (Owen). Dopiero kiedy któryś z nich
dostaje śmiertelną kulkę i ma czas na famous last words, rzuca "zobacz, co
oni z nas zrobili" - jakby w ostatniej próbie przekonania samego siebie, że
to inni ponoszą winę za to, kim się stałem, bo ja sam, to raczej bym wolał
okrywać pledem sarenki na mrozie.

Swinton to ten sam przykład. Bedgaj, którym może się stać każdy z nas, bo
każdy ma predyspozycje, żeby za odpowiednio dużą kasę zgodzić się na różne
świństwa. Ale niewątpliwie nie postać niewinna i umoczona, tylko ktoś, kto w
konsekwencji wcześniejszych wyborów, musi dokonywać następnych. I pytanie
tylko czy/kiedy w sytuacji kryzysowej postanowi, że coś jest jednak krokiem
za daleko.

Michal Olszewski
29 Gru 2007, 13:54

Wojciech Orlinski wrote:
On 2007-12-28 20:01:49 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

| 4. Clooney w aucie z synem, po spotkaniu wspólnika-pijaczka.

BRATA!!!

| Została umoczona w znaczeniu, że rozwiązuje problem, którego nie
| stworzyła (to nie ona wpuściła zabójczy środek na rynek, to nie przez
| nią załamała się obrona sądowa).

Bo jej rola to chyba najlepsza ilustracja mechanizmu, o którym pisał
Bauman w "Nowoczesności i zagładzie". Nikt nie chciałby smażyć dzieci
żywcem w ogniu. Ale jeśli to rozpisać na malutkie etapy, w których
smażenie wietnamskich dzieci napalmem zaczyna się od robotnika, który
tylko ma dobrą pracę w zakładach zbrojeniowych gdzieś w Midweście po
pilota, który tylko nacisnął guzik, to nie ma winnych, są sami
sympatyczni ludzie, które swoim dzieciom czytają bajki do snu. Swinton
to jest taka w zasadzie niewinna osoba i ona nawet nigdy nie
powiedziała "zabijcie go", zawsze ma jakieś eufemizmy, jak Eichmann.


No już bez przesadyzmu - niewinna to ona nie jest. Może odsuńmy na razie
na bok takie hipotetologiczne "każdy jest odpowiedzialny za wszystko" (a
co, myślisz, że jak ten robotnik pracuje wydajniej, bo se wcześniej
przeczyta Twój tekst w gazecie i mu sie spodoba, to nie czyni Cię
umorusanym po uszy w krwi niewinnych?).

Mnie się tylko rozchodziło o to, że nie jest rzecz jasna jej winą
zabójczy środek rolniczy, itp., tylko tych kilka fatalnych decyzji z
filmu (o htimanach, itd.).

Wojciech Orlinski
29 Gru 2007, 15:06
On 2007-12-29 19:54:14 +0100, Michal Olszewski
<adres_zaczyna_sie_po_kropce.micha@bigfoot.comsaid:

No już bez przesadyzmu - niewinna to ona nie jest. Może odsuńmy na razie
na bok takie hipotetologiczne "każdy jest odpowiedzialny za wszystko" (a
co, myślisz, że jak ten robotnik pracuje wydajniej, bo se wcześniej
przeczyta Twój tekst w gazecie i mu sie spodoba, to nie czyni Cię
umorusanym po uszy w krwi niewinnych?).


Ależ oczywiście, że czyni. Nie trzeba szukać tak daleko - wszyscy
jesteśmy jakoś tam pośrednio (choćby przez udziały naszych funduszy
emerytalnych) umoczeni we wszystkie działania polskich spółek
notowanych na giełdzie.

Michał Gancarski
29 Gru 2007, 18:07

[...]

Ależ oczywiście, że czyni. Nie trzeba szukać tak daleko - wszyscy
jesteśmy jakoś tam pośrednio (choćby przez udziały naszych funduszy
emerytalnych) umoczeni we wszystkie działania polskich spółek
notowanych na giełdzie.


Ale tutaj przestałeś już rozróżniać współodpowiedzialność w sensie etycznym
od współodpowiedzialności wynikającej z tego, że po prostu wszyscy żyjemy
na tej samej planecie.

Wojciech Orlinski
29 Gru 2007, 18:12
On 2007-12-30 00:07:59 +0100, Michał Gancarski
<wysyisb@-spamywasz-przegrywasz-.tlen.plsaid:

Ale tutaj przestałeś już rozróżniać współodpowiedzialność w sensie etycznym
od współodpowiedzialności wynikającej z tego, że po prostu wszyscy żyjemy
na tej samej planecie.


A uważasz, że ktoś, kto po prostu miał duży pakiet akcji tej
korporacji, był już całkowicie niewinny "w sensie etycznym"? Że jak
masz holocaust, to odpowiada za niego tylko ten esesman poganiający
Żydów do komory gazowej plus ten, kto wydał rozkazy (Swinton tutaj
ewidentnie gra kogoś w stylu Eichmanna), ale już na pewno nie
udziałowiec IG Farben, zarabiający m.in. na produkcji Cyklonu B?



Podobne tematy:
Co jeśli małżonek by Cię zdradził?
Twój Blues nr 34 Jesień 2008
DestroY vs feniks1988 - 2.34 % - czyscioszek
Juz 34 miliony amerykanow na "znaczkach na jedzenie&quo
Co jeśli małżonek by Cię zdradził?
Co jeśli małżonek by Cię zdradził?
Twój Blues nr 34 Jesień 2008