I jeszcze moje trzy grosze na temat...

Kategoria: Dla tych, ktorzy nad MegaHit przedkladaja Mistrzow Kina.

Wersja archiwalna tematu "I jeszcze moje trzy grosze na temat..." z grupy pl.hum.x-muza



Michal Olszewski
27 Sie 1999, 03:00
... ktory juz sie wszystkim dawno przejadl. Dlatego bedzie krotko (*).
Nie napisze, ze nie rozumiem skad te zachwyty nad 'Matrix', bo po czesci
zauwazylem niestandardowosc filmu. Ogolnie jednak zawiodlem sie na
Wachowskich. Moze to nie ich wina, ale powstal film z lekka infantylny i
zdecydowanie zbyt powazny. Zeby bylo smieszniej te dwa okreslenia sie
nie wykluczaja. Tresc filmu, pomimo tego ze glowny pomysl jest bardzo
dobry, zostala IMHO malo sprytnie przedstawiona. Wszystkie zawilosci
dotyczace matrix zostaly wylozone jak przyslowiowa 'kawa na lawe' (w
dodatku przez dziwnie sztucznego Fishburne'a - niby powazny, ale smiac
mi sie chcialo, gdy wital sie z Neo - bracia rezyserzy chyba o jeden raz
za malo ogladneli jego kreacje z 'Event Horizon', nie pozostal nawet jej
cien). Nie jest to dobry sposob. Szczegolnie, gdy przypomne sobie jak
sprawnie im to poszlo w 'Bound'. W 'Matrix' mialem wrazenie, ze mecza
sie z materialem, nie wiedza jak najlepiej przekazac go widzowi. Ogolnie
efekt jest z lekka... wlasnie... jak to okreslic... nie-dorosly? 'Bound'
byl zdecydowanie kinem dla doroslych. Nie odwaze sie stwierdzic, ze 'M'
jest dla dzieci, ale... czegos mu brak.

Powagi? Wlasnie nie, jej jest tam az za duzo. Moze cos przeoczylem, ale
czy w filmie pada jakis naprawde dowcipny tekst? Odnioslem wrazenie, ze
wszystkie kwestie wypowiadane sa smiertelnie powaznie, a przelotnie
pojawiajace sie usmieszki nie maja nic wspolnego z poczuciem humoru.
Zdaje sobie sprawe, ze klimat filmu generalnie ma byc przygnebiajacy.
Jednak bede sie upieral, ze kilka dowcipnych dialogow dla lekkiego
rozladowania atmosfery nie zaszkodzi.

Koniec gledzenia. Nie bylbym soba, gdybym, jak zwykle przy filmach
ocierajacych sie o tematyke paranoiczna, nie dodal: moznaby zrobic
zakonczenie, w ktorym okazuje sie, ze to tzw. dobrzy bohaterowie sa
zwyklymi szalencami, a zaden matrix nie istnieje. Moze tez post czyta
jakis hollywoodzki producent, wiec napisze wyraznie: caly czas, do
diabla, czekam na taki film (i gleboko wierze, ze nie jestem sam).

(*) - przynajmniej na poczatku tak planowalem.

Koniec z ta kiszka. Teraz kilka slow na temat (bacznosc) pl.hum.x-muza
(spocznij): sorry za zasmiecanie grupy kolejnymi wypocinami na temat
'M'. Pewnie lepszym miejscem bylby pl.rec.film, ale tam przyszloby tyle
agresywnych odpowiedzi i powalajacych kontrargumentow, ze nie daloby
rady sciagnac nawet naglowkow tej dyskusji. Dlatego prosze o
przebaczenie szanownego gremium. To sie juz wiecej nie powtorzy.

Jak narazie (bacznosc) pl.hum.x-muza (spocznij) wyglada na wskrzeszony
pl.rec.film sprzed roku. Jednak istnieje dopiero dwa dni, wiec lepiej
nie rozpedzac sie z pochlebnymi ocenami. Licho nie spi. Tym
optymistycznym akcentem... :-)

Rufus T. Firefly
28 Sie 1999, 03:00

Michal Olszewski wrote:
Wszystkie zawilosci
dotyczace matrix zostaly wylozone jak przyslowiowa 'kawa na lawe' (w
dodatku przez dziwnie sztucznego Fishburne'a - niby powazny, ale smiac
mi sie chcialo, gdy wital sie z Neo - bracia rezyserzy chyba o jeden raz
za malo ogladneli jego kreacje z 'Event Horizon', nie pozostal nawet jej
cien).


Czy naprawde jestem jedynym czlowiekiem, ktory uwaza, ze Fishburne
prawie polozyl Even Horizon swoja sztywniacka gra i to samo zrobil w
Matrix? Obie te role uwazam za slabo zagrane, choc mniej bledow
wskazalbym w EH.

[Czegos brak]

Powagi? Wlasnie nie, jej jest tam az za duzo. Moze cos przeoczylem, ale
czy w filmie pada jakis naprawde dowcipny tekst? Odnioslem wrazenie, ze
wszystkie kwestie wypowiadane sa smiertelnie powaznie, a przelotnie
pojawiajace sie usmieszki nie maja nic wspolnego z poczuciem humoru.


Moja ulubiona scena z filmu jest wizyta u wyroczni. Uwazam, ze Wachowscy
pokazali w niej ogromne poczucie humoru. Przy okazji zastosowali kilka
bardzo dobrych zmylek - np. starzec z dluga broda siedzacy przed domem
wyroczni podswiadomie potwierdza w glowie widza oczekiwany wizerunek
wyroczni - kogos starego, madrego, o aparycji pustelnika. To ze
wyrocznia okazuje sie murzynska mama w fartuchu, piekaca ciasteczka w
starodawnej kuchni to swietny chwyt. Dla mnie bardzo zabawny. Przy
okazji w tej scenie pada kilka zabawnych kwestii ('...not too bright,
though') i najlepszy cytat filmu ('You have a good soul kid and I hate
giving good people bad news'). Inne zabawne teksty z filmu - 'I Know
kung fu' (Reeves), 'Dodge this' (Moss), 'Good for greasing the engines
and killing brain cells' (Pantoliano). Troche tego bylo. Natomiast
zupelna pomylka byla postac tego malego goscia ze statku (Mouse) -
chybiona proba rozluznienia spietej zalogi.

Nawiasem mowiac rozumiem, ze Even Horizon cie ubawil? :)

Koniec gledzenia. Nie bylbym soba, gdybym, jak zwykle przy filmach
ocierajacych sie o tematyke paranoiczna, nie dodal: moznaby zrobic
zakonczenie, w ktorym okazuje sie, ze to tzw. dobrzy bohaterowie sa
zwyklymi szalencami, a zaden matrix nie istnieje.


Dobry pomysl, ale zabojczy dla kieszeni tworcow. Dzieki innemu
zakonczeniu obejrzysz dwa sequele.

R.

Artur Wieckowski
28 Sie 1999, 03:00

Rufus T. Firefly <chac@stgambit.gda.plwrote in message

Michal Olszewski wrote:
Moja ulubiona scena z filmu jest wizyta u wyroczni. Uwazam, ze Wachowscy
pokazali w niej ogromne poczucie humoru. Przy okazji zastosowali kilka
bardzo dobrych zmylek - np. starzec z dluga broda siedzacy przed domem
wyroczni podswiadomie potwierdza w glowie widza oczekiwany wizerunek
wyroczni - kogos starego, madrego, o aparycji pustelnika.


Uwazam podobnie jak Ty. Najlepsza scena w filmie. Dodatkowa zmylka jest
dzezik w tle, ktory kapitalnie nie pasuje do takiej murzynki-gosposi (a moze
sie myle i wlasnie do niej pasuje taka muzyka?:-). Jeszcze jedna zmylka -
dzieci w poczekalni, wydaje mi sie, ze wszystkie biale:)
To ze
wyrocznia okazuje sie murzynska mama w fartuchu, piekaca ciasteczka w
starodawnej kuchni to swietny chwyt. Dla mnie bardzo zabawny. Przy
okazji w tej scenie pada kilka zabawnych kwestii ('...not too bright,
though') i najlepszy cytat filmu ('You have a good soul kid and I hate
giving good people bad news').


Kwestie wypowiedziane w tej scenie sa tez kluczem do zrozumienia filmu.(ale
to pewnie dla Ciebie zadna nowosc:-)

Pozdrawiam po raz pierwszy x muze
Artur Wieckowski

Michal Olszewski
28 Sie 1999, 03:00

"Rufus T. Firefly" wrote:
Czy naprawde jestem jedynym czlowiekiem, ktory uwaza, ze Fishburne
prawie polozyl Even Horizon swoja sztywniacka gra i to samo zrobil w
Matrix? Obie te role uwazam za slabo zagrane, choc mniej bledow
wskazalbym w EH.


Moja teoria na temat L.F. (bo chyba nic poza teoretyzowaniem nie
pozostaje) mowi, ze jest dobrym aktorem tylko, gdy jest fachowo
poprowadzony na planie. A i tak wychodza mu tylko role twardziela (ale
nie takiego jak B. Willis, bo kompletnie bez poczucia humoru i w dodatku
przepelnionego duma niewiadomego pochodzenia). Cos takiego pasowalo w
horrorze s-f do kapitana space marines. Ale czy pasuje do druzyny
rebeliantow utrzymywanych razem dzieki wiezom nieformalnym? Przeciez
takiego goscia nie da sie lubic. Dlatego nie nadaje sie do tej roli.
Zreszta on chyba tez zdawal sobie z tego sprawe, bo zagral slabo. Staral
sie zaadaptowac do roli, do ktorej nie pasuje. Jednak to tylko moja
teoria.

Moja ulubiona scena z filmu jest wizyta u wyroczni. Uwazam, ze Wachowscy
pokazali w niej ogromne poczucie humoru. Przy okazji zastosowali kilka
bardzo dobrych zmylek - np. starzec z dluga broda siedzacy przed domem
wyroczni podswiadomie potwierdza w glowie widza oczekiwany wizerunek
wyroczni - kogos starego, madrego, o aparycji pustelnika.


Ja spodziewalem sie albo malego dziecka, albo staruszki. W pewnym
sensie nie pomylilem sie ani troche. :-)

Przy
okazji w tej scenie pada kilka zabawnych kwestii ('...not too bright,
though')


Przyznaje sie, ze zapomnialem. To byl nawet zabawny zart.

i najlepszy cytat filmu ('You have a good soul kid and I hate
giving good people bad news').


Byc moze, ale to nie jest smieszne.

Inne zabawne teksty z filmu - 'I Know
kung fu' (Reeves),


A takie teksty wlasnie nie przypadly mi do gustu. Czy jest taki
zabawny? Moze sytuacja jest dosc niewiarygodna i przez to lekko
komiczna, ale Neo zdecydowanie nie jest dowcipnym kolesiem. A szkoda, bo
film duzo by zyskal, gdyby Wybraniec byl nieco cynicznym luzakiem, nawet
ze znamionami niewielkiej neurozy, potrafiacym w kilku slowach
podsumowac zaistniala sytuacje. Choc i z tym trzeba by uwazac, zeby nie
przesadzic (jak to bylo z postacia W.Smitha w 'MIB' - choc tam akurat
pasowalo).

'Dodge this' (Moss), 'Good for greasing the engines
and killing brain cells' (Pantoliano).


Oj, slabo. Wlasciwie to nie dowcipy slowne, tylko wyrachowane odzywki. W
dodatku wypowiadane przez ciemne charaktery - widzom nie jest wiec do
smiechu.

Troche tego bylo. Natomiast
zupelna pomylka byla postac tego malego goscia ze statku (Mouse) -
chybiona proba rozluznienia spietej zalogi.


IMHO nie chodzilo az tak bardzo o rozluznienie zalogi, ale o pokazanie
mozliwosci rzeczywistosci wirtualnej laikom w kinie (ten jego program z
kobieta w czerwieni, seks w VR). No i lekkie fantazjowanie (czy kurczak
naprawde smakuje tak jak smakuje?).

Chcialem jeszcze dodac, ze najbardziej intrygujacym pytaniem, ktore
skierowalbym do tworcow filmu jest: czemu rok 1999? Pomimo tego, ze
odpowiedz pojawila sie w filmie, kompletnie do mnie nie przemawia. Czemu
w ogole rzeczywistosc? Czemu nie stworzyc nowego wszechswiata z nowymi
prawami? Czemu nie 'zamienic' ludzi w jakies inne stworzenia? A tak w
ogole, to nie taniej ich trzymac po prostu w nieswiadomej spiaczce?

Nawiasem mowiac rozumiem, ze Even Horizon cie ubawil? :)


To oczywiscie bylo pytanie z gatunku zartobliwo - retorycznych. Przeciez
jedyne co laczy 'EH' i 'M' to jeden z aktorow. Filmy wpisuja sie w rozne
konwencje i czego innego sie od nich spodziewam.

Wojciech Orlinski
28 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Rufus T. Firefly:

Czy naprawde jestem jedynym czlowiekiem, ktory uwaza, ze Fishburne
prawie polozyl Even Horizon swoja sztywniacka gra i to samo zrobil w
Matrix? Obie te role uwazam za slabo zagrane, choc mniej bledow
wskazalbym w EH.


Ja w kazdym razie nie jestem tym drugim czlowiekiem - w obu filmach LF mi
sie podobal.

Moja ulubiona scena z filmu jest wizyta u wyroczni. Uwazam, ze Wachowscy
pokazali w niej ogromne poczucie humoru. Przy okazji zastosowali kilka
bardzo dobrych zmylek - np. starzec z dluga broda siedzacy przed domem
wyroczni podswiadomie potwierdza w glowie widza oczekiwany wizerunek
wyroczni - kogos starego, madrego, o aparycji pustelnika. To ze
wyrocznia okazuje sie murzynska mama w fartuchu, piekaca ciasteczka w
starodawnej kuchni to swietny chwyt. Dla mnie bardzo zabawny.


Rzekles.  Do tej sceny jeszcze wahalem sie z ocena, czy ogladam film
wybitny, czy banalne kino akcji. Kiedy zobaczylem wyrocznie, szala
przechylila sie na korzysc Wachowskich.

giving good people bad news'). Inne zabawne teksty z filmu - 'I Know
kung fu' (Reeves),


Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and ten other
words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys w sigu, myslalem ze to
jakis Pratchett albo moze Douglas Adams, ale chyba jednak nie.

'Dodge this' (Moss),


...'motherfucker' (wersja scenariuszowa).

Amarot
28 Sie 1999, 03:00
[snip]

Pozdrawiam po raz pierwszy x muze


Jak powiedzial Morfeusz w swoim pierwszym pojawieniu sie na
ekranie: Welcome! Pozwalam sobie odegrac role komitetu powitalnego,
bo AFAIK Przewodniczacej Joanny do poniedzialku nie ma w necie :)

amarot

Amarot
28 Sie 1999, 03:00

... ktory juz sie wszystkim dawno przejadl. Dlatego bedzie krotko (*).
Nie napisze, ze nie rozumiem skad te zachwyty nad 'Matrix', bo po czesci
zauwazylem niestandardowosc filmu. Ogolnie jednak zawiodlem sie na
Wachowskich. Moze to nie ich wina, ale powstal film z lekka infantylny i
zdecydowanie zbyt powazny. Zeby bylo smieszniej te dwa okreslenia sie
nie wykluczaja. Tresc filmu, pomimo tego ze glowny pomysl jest bardzo
dobry, zostala IMHO malo sprytnie przedstawiona. Wszystkie zawilosci
dotyczace matrix zostaly wylozone jak przyslowiowa 'kawa na lawe' (w
dodatku przez dziwnie sztucznego Fishburne'a - niby powazny, ale smiac
mi sie chcialo, gdy wital sie z Neo - bracia rezyserzy chyba o jeden raz
za malo ogladneli jego kreacje z 'Event Horizon', nie pozostal nawet jej
cien). Nie jest to dobry sposob. Szczegolnie, gdy przypomne sobie jak
sprawnie im to poszlo w 'Bound'. W 'Matrix' mialem wrazenie, ze mecza
sie z materialem, nie wiedza jak najlepiej przekazac go widzowi. Ogolnie
efekt jest z lekka... wlasnie... jak to okreslic... nie-dorosly? 'Bound'
byl zdecydowanie kinem dla doroslych. Nie odwaze sie stwierdzic, ze 'M'
jest dla dzieci, ale... czegos mu brak.


Wyewoluowalem do podobnego zdania, jak ty. Po pierwszym obejrzeniu
Matrixa bylem niemal pewien, ze zaraz pojde jeszcze raz, a potem
stopniowo mi przechodzilo. Oczywiscie, uwazam go za najlepszy
film kinowy w tym roku, ale jednak nie jest to takie cudo, jak myslalem
od razu po wyjsciu z projekcji. Bounda do dzis obejrzalem 6 razy
i za kazdym razem odkrywam nowe smaczki, ciagle mnie smiesza
gesty Pantoliano, itd.

Ze zdziwieniem ale i podziwem obserwuje, ze szczegolowosc dyskusji
o Matrixie siegnie niedlugo poziomu analizowania, w ktorym momencie
Neo puscil baka. Niemal kazdy tekst jest poddawany dekonstrukcji.
Absolutnie nie robie z tego zarzutu, jednoczesnie ciekawe, ze filmowa
przerobka Ghost in the Shell z injekcja alegorii wspolczesnego swiata
wzbudzila takie halo.

Jeszcze a propos Fishburne'a w EH. Rufus niedawno probowal mnie
przekonywac, ze gra goscia w tym filmie, to 'ham' (nie mylic z szynka :)).
Absolutne weto - takiego twardziela, ktory nawet gdy wszystko wokol sie
sypie, nadal stara sie trzymac reke na pulsie, dawno nie widzialem w kinie.

Gesty goscia, sposob w jaki wyglasza kwestie, powala. Jest jedyna
osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
przechodzac przez koszmar. Od razu po EH uznalem Fishburne'a za
najwiekszego obecnie twardziela w Hollywoodzie, co potwierdzil
potem chocby w Hoodlum.

Jak narazie (bacznosc) pl.hum.x-muza (spocznij) wyglada na wskrzeszony
pl.rec.film sprzed roku. Jednak istnieje dopiero dwa dni, wiec lepiej
nie rozpedzac sie z pochlebnymi ocenami. Licho nie spi. Tym
optymistycznym akcentem... :-)


Na Zeusa, nawet nie wspominaj o zlym lichu :)

amarot

Michal Olszewski
28 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Oczywiscie, uwazam go za najlepszy
film kinowy w tym roku, ale jednak nie jest to takie cudo, jak myslalem
od razu po wyjsciu z projekcji. Bounda do dzis obejrzalem 6 razy
i za kazdym razem odkrywam nowe smaczki, ciagle mnie smiesza
gesty Pantoliano, itd.


Przyznac sie musze, ze Wachowscy az tak nie przypadli mi do gustu.
Pewnie dla wielu to bedzie herezja, ale lepiej wspominam ogladniecie
'Bound' w c+ niz seans 'M' w kinie. 'B' z poczatku uderzyl mnie sposobem
prowadzenia kamery, pewna przemyslana estetyka i klimatem nawiazujacym
do spektaklu teatralnego. W kazdym razie zrobil wrazenie. Tym bardziej,
ze nie spodziewalem sie niczego ciekawego (czego mozna oczekiwac od
filmu pt. 'Sasiadki'?).

Ze zdziwieniem ale i podziwem obserwuje, ze szczegolowosc dyskusji
o Matrixie siegnie niedlugo poziomu analizowania, w ktorym momencie
Neo puscil baka. Niemal kazdy tekst jest poddawany dekonstrukcji.
Absolutnie nie robie z tego zarzutu, jednoczesnie ciekawe, ze filmowa
przerobka Ghost in the Shell z injekcja alegorii wspolczesnego swiata
wzbudzila takie halo.


Coz... ponoc najwiecej mowi sie o wielkich rozczarowaniach i
niespodziewanych arcydzielach. A jesli film jest jednoczesnie jednym i
drugim to musi powstac burza w eterze. :-)

[o L.F. i 'EH']

Jest jedyna
osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
przechodzac przez koszmar.


Dokladnie o to chodzi. Co prawda jest to tez spora zasluga scenarzysty i
jego wyczucia postaci, ale maniery aktorskie L.F. na pewno tu nie
zaszkodzily.

Amarot
29 Sie 1999, 03:00

Przyznac sie musze, ze Wachowscy az tak nie przypadli mi do gustu.
Pewnie dla wielu to bedzie herezja, ale lepiej wspominam ogladniecie
'Bound' w c+ niz seans 'M' w kinie. 'B' z poczatku uderzyl mnie sposobem
prowadzenia kamery, pewna przemyslana estetyka i klimatem nawiazujacym
do spektaklu teatralnego. W kazdym razie zrobil wrazenie. Tym bardziej,
ze nie spodziewalem sie niczego ciekawego (czego mozna oczekiwac od
filmu pt. 'Sasiadki'?).


No to znow mamy podobne odczucia. Przystepowalem do ogladania
'Sasiadek' z identycznym nastawieniem, nie wiedzac kto gra ani tym
bardziej nie znajac akcji. Po dwudziestu minutach bylem lekko zdziwiony,
ze chyba ogladam uwspolczesniona przerobke motywow z filmow
Viscontiego, ale od momentu powalajacej sceny, gdy Johnny Marzzone
i Mickey wyprowadzaja Shelly'ego z samochodu (ta muzyka!), a Gina
Gershon stojac na trucku patrzy na to, musialem z wrazenia wyjac
sztuczna szczeke. Napiecie nie spadlo do konca. Obejrzawszy film
kilkakrotnie, nie dopatrzylem sie zadnej dziury w scenariuszu.

[o L.F. i 'EH']
| Jest jedyna
| osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
| przechodzac przez koszmar.
Dokladnie o to chodzi. Co prawda jest to tez spora zasluga scenarzysty i
jego wyczucia postaci, ale maniery aktorskie L.F. na pewno tu nie
zaszkodzily.


Zabawne, gdy sie przypomni, co Fishburne grywal w latach 80. Ubawila
mnie zwlaszcza jego rola ugrzecznionego pielegniarza w Nightmare on
Elm Street III (pytanie za piec punktow, zwlaszcza do WO interesujacego
sie polityka - skad Craven wzial ten tytul?). Musial chyba podrosnac,
przytyc i zgrozniec, by zaczeto go obsadzac w rolach twardzieli :)

amarot

Rufus T. Firefly
29 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Wyewoluowalem do podobnego zdania, jak ty. Po pierwszym obejrzeniu
Matrixa bylem niemal pewien, ze zaraz pojde jeszcze raz, a potem
stopniowo mi przechodzilo. Oczywiscie, uwazam go za najlepszy
film kinowy w tym roku, ale jednak nie jest to takie cudo, jak myslalem
od razu po wyjsciu z projekcji. Bounda do dzis obejrzalem 6 razy
i za kazdym razem odkrywam nowe smaczki, ciagle mnie smiesza
gesty Pantoliano, itd.


Jesli widzales film tylko raz, to uwazam, ze jestes sobie winien jeszcze
jeden seans. Gdzie zniknelo twoje zaufanie do Wachowskich? W Matrix,
podobnie jak w Bound, niektore rzeczy zaczynaja pasowac do mozaiki i
sprawiac przyjemnosc dopiero przy drugim seansie. Poza tym zdziwisz sie
ile spraw ci umknelo przy pierwszym seansie.

Ze zdziwieniem ale i podziwem obserwuje, ze szczegolowosc dyskusji
o Matrixie siegnie niedlugo poziomu analizowania, w ktorym momencie
Neo puscil baka. Niemal kazdy tekst jest poddawany dekonstrukcji.
Absolutnie nie robie z tego zarzutu, jednoczesnie ciekawe, ze filmowa
przerobka Ghost in the Shell z injekcja alegorii wspolczesnego swiata
wzbudzila takie halo.


Znacznie dluzej dyskutowalismy kiedys o duzo gorszych filmach, wiec przy
M. akurat mnie to nie dziwi.

Jeszcze a propos Fishburne'a w EH. Rufus niedawno probowal mnie
przekonywac, ze gra goscia w tym filmie, to 'ham' (nie mylic z szynka :)).
Absolutne weto - takiego twardziela, ktory nawet gdy wszystko wokol sie
sypie, nadal stara sie trzymac reke na pulsie, dawno nie widzialem w kinie.


Znowu zasugeruje, ze to byc moze kwestia liczby seansow - o ile
pamietam, film widziales tylko raz. Nie chodzi mi o popadanie w jakies
kuriozalne skrajnosci i ocene filmu po 3 seansach - jestem od tego
daleki, wiec daruj sobie ewentualne zlosliwosci :) Ale w EH atmosfera
byla tak gesta, ze za pierwszym razem chlonalem ja, nie zwracajac za
bardzo uwagi na takie rzeczy jak gra aktorow (zreszta w wiekszosci
przyzwoita). Pozniej kupilem film na laserdysku i do dzis, obok
Face/Off, jest to tytul, ktory najczesciej pokazuje znajomym jako
prezentacje nosnika (Zwykle po tym, jak widzac stosy LD, pytaja po
cholere mi tyle winyli.) Ku memu zdziwieniu, w pewnym momencie zaczalem
sam siebie glosno pytac o Fishburna: co ten czlowiek wyprawa ze swoimi
kwestiami?! Pisze 'ku zdziweniu', bo w kinie tego jakos nie zauwazylem.
Z Matrix bylo jeszcze gorzej - wyszedlem z kina z wrazeniem, ze gra
Fisburna wahala sie miedzy akceptowalna a fatalna. Co gorsza, oprocz
sztucznej intonacji, facet IMO fatalnie zagral cialem - prezentuje
jakies zupelnie nienaturalne, wystudiowane gesty i ruchy, zwlaszcza w
scenie wyjasniania "istoty swiata". Jesli aktor robiacy kariere od 20
lat odwala kiszke w tak podstawowej kwestii jak gra cialem, to cos jest
bardzo nie tak.

Gesty goscia, sposob w jaki wyglasza kwestie, powala. Jest jedyna
osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
przechodzac przez koszmar.


Oops, to juz znak, ze film widzales bardzo dawno. Jedyna osoba, z ktora
rozni widzowie NIE MOGA sie w tym filmie utozsamic jest Sam Neil.
Chetnie podyskutuje.

Od razu po EH uznalem Fishburne'a za
najwiekszego obecnie twardziela w Hollywoodzie, co potwierdzil
potem chocby w Hoodlum.


Najwiekszym twardzielem w Hollywood jest Weinstein :)

R.

Rufus T. Firefly
29 Sie 1999, 03:00

Michal Olszewski wrote:
| i najlepszy cytat filmu ('You have a good soul kid and I hate
| giving good people bad news').

Byc moze, ale to nie jest smieszne.


Jasne, zacytowalem to mimochodem, bo nie moglem sobie darowac.

| 'Dodge this' (Moss), 'Good for greasing the engines
| and killing brain cells' (Pantoliano).

Oj, slabo. Wlasciwie to nie dowcipy slowne, tylko wyrachowane odzywki. W
dodatku wypowiadane przez ciemne charaktery - widzom nie jest wiec do
smiechu.


Musze powiedziec, ze na kazdy z tych tekstow widownia w kinie reagowala
smiechem, wiec moim zdaniem sa smieszne. Zreszta dla mnie byly smieszne
niezaleznie od tego czy smial sie kto inny czy nie.

| Troche tego bylo. Natomiast
| zupelna pomylka byla postac tego malego goscia ze statku (Mouse) -
| chybiona proba rozluznienia spietej zalogi.

IMHO nie chodzilo az tak bardzo o rozluznienie zalogi, ale o pokazanie
mozliwosci rzeczywistosci wirtualnej laikom w kinie (ten jego program z
kobieta w czerwieni, seks w VR). No i lekkie fantazjowanie (czy kurczak
naprawde smakuje tak jak smakuje?).


Mialem na mysli to, ze Mouse mial byc tzw. 'comic relief' - postacia
rozluzniajaca atmosfere w zbyt spietym towarzystwie (dla widza, nie dla
postaci w filmie). Koncepcja z kobieta w czerwonej sukni byla OK, ale
sposob gry tego chlopaczka byl dla mnie strasznie irytujacy, wiec
uznalem go za chybiona postac - irytowal mnie zamiast rozluzniac.

R.

Rufus T. Firefly
29 Sie 1999, 03:00

Wojciech Orlinski wrote:
Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and ten other
words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys w sigu, myslalem ze to
jakis Pratchett albo moze Douglas Adams, ale chyba jednak nie.


Nie wiem. Cholewa wyznaczyl jakas nagrode, ze nie chcesz go sam zapytac?
Wstepnie spodziewalbym sie po Cholewie jakichs zrodel cyberpunkowych,
ale z zadnego nie przypominam sobie takiego tekstu. :(

R.

Wojciech Orlinski
29 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Rufus T. Firefly:

| Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and ten other
| words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys w sigu, myslalem ze to
| jakis Pratchett albo moze Douglas Adams, ale chyba jednak nie.
Nie wiem. Cholewa wyznaczyl jakas nagrode, ze nie chcesz go sam zapytac?


Cholewa nie pamieta. Ma wiedze negatywna - zapewnil mnie, ze to na pewno
nie Pratchett ani nie Adams. A sam cytacik jest fajny, wiec mi nie daje
spokoju.

Amarot
29 Sie 1999, 03:00

| Wyewoluowalem do podobnego zdania, jak ty. Po pierwszym obejrzeniu
| Matrixa bylem niemal pewien, ze zaraz pojde jeszcze raz, a potem
| stopniowo mi przechodzilo. Oczywiscie, uwazam go za najlepszy
| film kinowy w tym roku, ale jednak nie jest to takie cudo, jak myslalem
| od razu po wyjsciu z projekcji. Bounda do dzis obejrzalem 6 razy
| i za kazdym razem odkrywam nowe smaczki, ciagle mnie smiesza
| gesty Pantoliano, itd.
Jesli widzales film tylko raz, to uwazam, ze jestes sobie winien jeszcze
jeden seans. Gdzie zniknelo twoje zaufanie do Wachowskich? W Matrix,
podobnie jak w Bound, niektore rzeczy zaczynaja pasowac do mozaiki i
sprawiac przyjemnosc dopiero przy drugim seansie. Poza tym zdziwisz
sie ile spraw ci umknelo przy pierwszym seansie.


Moze. Tez cie zachecam do obejrzenia paru filmow, co zbywasz czesto
stwierdzeniem 'Jesli dzien bedzie wyjatkowo nudny...' Wczoraj dokonalem
dokladniejszej inspekcji wypozyczalni i z przykroscia stwierdzilem, ze
w kolejce do obejrzenia czeka co najmniej 15 filmow. A ze na razie nie
czuje potrzeby ponownego obejrzenia Matrixa, wiec po co sie zmuszac?

[EH - Fishburne]

| Gesty goscia, sposob w jaki wyglasza kwestie, powala. Jest jedyna
| osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
| przechodzac przez koszmar.
Oops, to juz znak, ze film widzales bardzo dawno. Jedyna osoba, z ktora
rozni widzowie NIE MOGA sie w tym filmie utozsamic jest Sam Neil.
Chetnie podyskutuje.


Prawde powiedziawszy trudno mi bedzie dyskutowac z twoimi zarzutami
wobec Fishburne'a, bo nie mam pod reka kasety, by wskazac konkretne
sceny. Film ogladalem rowno dwa lata temu. Narazam sie wiec na kontry
w stylu: 'Nie wiesz co mowisz - przeciez Larry przekroczyl poklad Event
Horizona lewa noga, nie prawa'. Ale niech bedzie.

Fishburne od momentu, gdy sie pojawia jest opanowany. Facet slucha
co mowia jego podwladni i spokojnie wydaje dyrektywy. Pamietam, ze
zrobilo to na mnie duze wrazenie. W takich Obcych szybko widzielismy,
jak nastepuje rozklad zalogi. Ripley nie dowodzila, lecz rzucala sie do
lekko histerycznej obrony Czestochowy. A Fishburne nie dal sie omotac
strachom, ktore go w koncowce dopadly - i zginal jak na twardziela
przystalo, probujac ratowac innych. Jego smierc skojarzyla mi sie
z moim ukochanym finalem Dzikiej Bandy, gdy czworka mordercow
idzie spokojnie na smierc.

Z kim innym mialbym sie utozsamiac? Przeciez nie z Kathleen Quinlan
i jego kobiecymi strachami. Moze z tym ogolonym na zero kolesiem,
ktorego juz oczy zdradzaly, ze nie pociagnie dlugo o zdrowych zmyslach?
Z tym kudlatym, ktorego wynioslo w przestrzen kosmiczna i ktorego
Fishburne (jak na kapitana przystalo) krwawiacego sciagnal na poklad,
probujac ratowac? Nawiasem mowiac, koles przypominal troche Johna
Hurta, wiec scene, gdy cos zaczelo go toczyc od wewnatrz przyjalem
jako nawiazanie do Scotta. W Aliens byl przynajmniej Michael Biehn,
ktory jak mozna bylo sie domyslic (dwa lata wczesniej Terminator),
pociagnie dlugo, wiec z taka postacia swobodnie moge sie utozsamiac.
Ale nie z cannon fodderem (czyli zaloga minus Fishburne) z EH.

| Od razu po EH uznalem Fishburne'a za
| najwiekszego obecnie twardziela w Hollywoodzie, co potwierdzil
| potem chocby w Hoodlum.
Najwiekszym twardzielem w Hollywood jest Weinstein :)


Niech nikt rasy zoltej sie na mnie nie obrazi, ale Harvey Weinstein
kojarzy mi sie co najwyzej z nalanym buldogiem :) A w kategorii
hollywoodzkich buldogow najlepszym szczekosciskiem dysponuje
niewatpliwie Ernest Borgnine.

amarot

Michal Olszewski
29 Sie 1999, 03:00

"Rufus T. Firefly" wrote:
Musze powiedziec, ze na kazdy z tych tekstow widownia w kinie reagowala
smiechem, wiec moim zdaniem sa smieszne. Zreszta dla mnie byly smieszne
niezaleznie od tego czy smial sie kto inny czy nie.


No dobra... niech bedzie. Jednak generalnie w filmach to pozytywni
bohaterowie maja poczucie humoru i wydaja sie smieszniejsi - pewnie
dlatego, ze widz sie z nimi utozsamia. Gdy zly puszcza jakis krotki
dowcip, widz moze sie posmiac, jednak na dluzsza mete film nie jest taki
wesoly.

| Troche tego bylo. Natomiast
| zupelna pomylka byla postac tego malego goscia ze statku (Mouse) -
| chybiona proba rozluznienia spietej zalogi.

| IMHO nie chodzilo az tak bardzo o rozluznienie zalogi, ale o pokazanie
| mozliwosci rzeczywistosci wirtualnej laikom w kinie (ten jego program z
| kobieta w czerwieni, seks w VR). No i lekkie fantazjowanie (czy kurczak
| naprawde smakuje tak jak smakuje?).

Mialem na mysli to, ze Mouse mial byc tzw. 'comic relief' - postacia
rozluzniajaca atmosfere w zbyt spietym towarzystwie (dla widza, nie dla
postaci w filmie).


Jawohl. Od razu zrozumialem o co Ci chodzi. Powinienem napisac, tak jak
myslalem, czyli 'rozluznienie wizerunku zalogi', zamiast 'rozluznienie
zalogi'.

A co z pytaniem o rok 1999? Czyzby wystapil brak w miare logicznej
teorii uzasadniajacej taka konfiguracje matrixa? Chyba uznam to za
dziure w scenariuszu. Wiem, ze film trudniej byloby zareklamowac, gdyby
to nie byly czasy wspolczesne naszego swiata, ale to nie argument.

PS. Za jednym zamachem, jeszcze dwa slowa do Amarota:

Amarot wrote:
Obejrzawszy film
kilkakrotnie, nie dopatrzylem sie zadnej dziury w scenariuszu.


W 'Bound' byla jakas drobna niescislosc, co prawda nie przypomne sobie
teraz, ale moze za jakis czas dam znac. Zdaje mi sie, ze Wachowscy
starali sie ja 'zatuszowac' narracja Giny Gershon.

phenomen
29 Sie 1999, 03:00
babe alta lasta hasta!

sposob gry tego chlopaczka byl dla mnie strasznie irytujacy


Czy mozesz powiedziec dlaczego ? chyba ze to zbyt prywatna sprawa...

...sometimes phenomen...

Wojtek Frabinski
30 Sie 1999, 03:00

<chac@stgambit.gda.plwrotd:

Amarot wrote:
| Wyewoluowalem do podobnego zdania, jak ty. Po pierwszym obejrzeniu
| Matrixa bylem niemal pewien, ze zaraz pojde jeszcze raz, a potem
| stopniowo mi przechodzilo. Oczywiscie, uwazam go za najlepszy
| film kinowy w tym roku, ale jednak nie jest to takie cudo, jak myslalem
| od razu po wyjsciu z projekcji. Bounda do dzis obejrzalem 6 razy
| i za kazdym razem odkrywam nowe smaczki, ciagle mnie smiesza
| gesty Pantoliano, itd.

Jesli widzales film tylko raz, to uwazam, ze jestes sobie winien jeszcze
jeden seans. Gdzie zniknelo twoje zaufanie do Wachowskich? W Matrix,
podobnie jak w Bound, niektore rzeczy zaczynaja pasowac do mozaiki i
sprawiac przyjemnosc dopiero przy drugim seansie. Poza tym zdziwisz sie
ile spraw ci umknelo przy pierwszym seansie.


Witam na x-muzie.
Jaki jest polski tytył Bound? Jest w wypożyczalniach?

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Wojciech Orlinski wrote:

Tako rzecze Rufus T. Firefly:

| Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and ten other
| words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys w sigu, myslalem ze to
| jakis Pratchett albo moze Douglas Adams, ale chyba jednak nie.

| Nie wiem. Cholewa wyznaczyl jakas nagrode, ze nie chcesz go sam zapytac?

Cholewa nie pamieta. Ma wiedze negatywna - zapewnil mnie, ze to na pewno
nie Pratchett ani nie Adams. A sam cytacik jest fajny, wiec mi nie daje
spokoju.


Skoro nie pamieta, to musialo to byc cos malego, typu tekst piosenki.
Happy Mondays, albo jacys brit-popowcy?

R.

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

Witam na x-muzie.
Jaki jest polski tytył Bound? Jest w wypożyczalniach?


Podobno bywa. Wystepuje pod tytulem Brudny Szmal.

amarot

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

| Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and
| ten other words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys
| w sigu, myslalem ze to jakis Pratchett albo moze Douglas Adams,
| ale chyba jednak nie.
| Nie wiem. Cholewa wyznaczyl jakas nagrode, ze nie chcesz go sam
| zapytac?
| Cholewa nie pamieta. Ma wiedze negatywna - zapewnil mnie, ze to
| na pewno nie Pratchett ani nie Adams. A sam cytacik jest fajny,
| wiec mi nie daje spokoju.
Skoro nie pamieta, to musialo to byc cos malego, typu tekst piosenki.
Happy Mondays, albo jacys brit-popowcy?


Maly off topic, skoro wspomniales muzyke brytyjska. Wczoraj szukajac
czegos w slowniku idiomow ze zdziwieniem zobaczylem, ze 'hand in glove',
czyli tytul pierwszego singla wiadomej grupy, to idiom. Od razu przypomnial
mi sie Between the devil and the deep blue sea, ktore nasi przetlumaczyli
niemal doslownie, a znaczy to przeciez mniej wiecej tyle, co 'miedzy
mlotem a kowadlem'.

amarot

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

A co z pytaniem o rok 1999? Czyzby wystapil brak w miare logicznej
teorii uzasadniajacej taka konfiguracje matrixa? Chyba uznam to za
dziure w scenariuszu. Wiem, ze film trudniej byloby zareklamowac, gdyby
to nie byly czasy wspolczesne naszego swiata, ale to nie argument.


Mysle, ze to bylo mrugniecie do widza typu "skad wiesz, ze ty tez nie jestes
bateryjka?". Takie zahaczajace o P.K.Dicka. Ostatecznie wiadomo bylo, ze
premiera odbedzie sie w biezacym roku.

Joanna

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

Rufus T. Firefly <chac@stgambit.gda.plwrote in message

Wojciech Orlinski wrote:

| Tako rzecze Rufus T. Firefly:

| | Czekaj, a moze Ty wiesz skad pochodzi cytat 'I know kung fu and ten
other
| | words in Japanese?'. Piotr W. Cholewa mial to kiedys w sigu, myslalem
ze to
| | jakis Pratchett albo moze Douglas Adams, ale chyba jednak nie.

| Nie wiem. Cholewa wyznaczyl jakas nagrode, ze nie chcesz go sam
zapytac?

| Cholewa nie pamieta. Ma wiedze negatywna - zapewnil mnie, ze to na pewno
| nie Pratchett ani nie Adams. A sam cytacik jest fajny, wiec mi nie daje
| spokoju.

Skoro nie pamieta, to musialo to byc cos malego, typu tekst piosenki.
Happy Mondays, albo jacys brit-popowcy?


Mi sie kojarzy z "Whikle you were sleeping", tekst syna wlasciciela
kamienicy do B. Pullmana. A ze film lubie, pozycze (o ile nie mam nagranego)
i sprawdze :)

Joanna

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

| [o L.F. i 'EH']
| Jest jedyna
| osoba w tym filmie, ktorej widz moze sie schwycic i utozsamic, razem
| przechodzac przez koszmar.
| Dokladnie o to chodzi. Co prawda jest to tez spora zasluga scenarzysty i
| jego wyczucia postaci, ale maniery aktorskie L.F. na pewno tu nie
| zaszkodzily.

Zabawne, gdy sie przypomni, co Fishburne grywal w latach 80. Ubawila
mnie zwlaszcza jego rola ugrzecznionego pielegniarza w Nightmare on
Elm Street III (pytanie za piec punktow, zwlaszcza do WO interesujacego
sie polityka - skad Craven wzial ten tytul?).


A moge ja? :)) Cos z JF Knnedym, IMHO,ale musze pogrzebac w sprawie
szczegolow... to co, dostane 2,5 punkta? )

Joanna

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

Witam na x-muzie.
Jaki jest polski tytył Bound? Jest w wypożyczalniach?


Owszem. Brudny szmal. Must see!

Joanna

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

phenomen wrote:

babe alta lasta hasta!

| sposob gry tego chlopaczka byl dla mnie strasznie irytujacy

Czy mozesz powiedziec dlaczego ? chyba ze to zbyt prywatna sprawa...


Przede wszystkim wydawal i sie sztucznie wstawiony do filmu, wlasnie po
to, zeby odciazyc wizerunek zalogi. Uwazalem to za prymitywne. Skoro juz
rozmawialismy o Even Horizon, dodam ze tam 'comic relief' byl znacznie
rozsadniej wymyslony.

A co mam na mysli, mowiac o grze? Chocby malo przekonujaco zagrana scene
podczas posilku - gosc sztucznie recytuje kwestie o smaku kurczaka,
serwuje gestykulacje, ktora odebralem tak, jakby cwiczyl to wczesniej
przed lustrem. Na mnie w ogole sprawial wrazenie, jakby desperacko
probowal na siebie zwrocic uwage swoimi kilkoma kwestiami, bo to jego
szansa wybicia sie.

R.

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Michal Olszewski wrote:
No dobra... niech bedzie. Jednak generalnie w filmach to pozytywni
bohaterowie maja poczucie humoru i wydaja sie smieszniejsi - pewnie
dlatego, ze widz sie z nimi utozsamia. Gdy zly puszcza jakis krotki
dowcip, widz moze sie posmiac, jednak na dluzsza mete film nie jest taki
wesoly.


Musze powiedziec, ze utozsamiam sie z Dr. Evil.  :)

A co z pytaniem o rok 1999? Czyzby wystapil brak w miare logicznej
teorii uzasadniajacej taka konfiguracje matrixa? Chyba uznam to za
dziure w scenariuszu. Wiem, ze film trudniej byloby zareklamowac, gdyby
to nie byly czasy wspolczesne naszego swiata, ale to nie argument.


Hmm, w sumie to chyba oczywiste, ze w takim filmie najbardziej
interesuje cie odniesienie do rzeczywistosci. Jak bys zareagowal, gdyby
w filmie powiedzieli, ze XVII wiek nigdy nie istnial? A tak kilku widzow
zada sobie pytanie, czy czasem nie jest tak jak w filmie.

| Obejrzawszy film
| kilkakrotnie, nie dopatrzylem sie zadnej dziury w scenariuszu.

W 'Bound' byla jakas drobna niescislosc, co prawda nie przypomne sobie
teraz, ale moze za jakis czas dam znac. Zdaje mi sie, ze Wachowscy
starali sie ja 'zatuszowac' narracja Giny Gershon.


IMDB wymienia dosc duzo skuch, ale raczej wynikajacych z nieuwagi, a nie
dziur scenariuszowych.

R.

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

| Zabawne, gdy sie przypomni, co Fishburne grywal w latach 80. Ubawila
| mnie zwlaszcza jego rola ugrzecznionego pielegniarza w Nightmare on
| Elm Street III (pytanie za piec punktow, zwlaszcza do WO interesujacego
| sie polityka - skad Craven wzial ten tytul?).
A moge ja? :)) Cos z JF Knnedym, IMHO, ale musze pogrzebac w sprawie
szczegolow... to co, dostane 2,5 punkta? )


Pewnie, ze dostaniesz :) Jest to tytul z Washington Post w dzien po
zabojstwie. Wzial sie stad, ze Oswald plus drugi (trzeci?) mityczny
snajper walili do Kennedy'ego, gdy ten przejezdzal przez Elm Street.

amarot

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00
Amarot wrote:


 (pytanie za piec punktow, zwlaszcza do WO interesujacego

| sie polityka - skad Craven wzial ten tytul?).
| A moge ja? :)) Cos z JF Knnedym, IMHO, ale musze pogrzebac w sprawie
| szczegolow... to co, dostane 2,5 punkta? )

Pewnie, ze dostaniesz :) Jest to tytul z Washington Post w dzien po
zabojstwie. Wzial sie stad, ze Oswald plus drugi (trzeci?) mityczny
snajper walili do Kennedy'ego, gdy ten przejezdzal przez Elm Street.


O kurczaki, na tej grupie mialo nie byc konkursow...

Joanna

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Z kim innym mialbym sie utozsamiac?


Zaczynam nowy watek - zawsze czujesz potrzebe utozsamienia i na tej
podstawie oceniasz film? Wiem, ze to pytanie to lekka obelga (na miare
pytania, czy zawsze szukasz przeslania), wiec spodziewam sie dluzszego
spiecia i stad nowy watek, zeby nie poruszac 5 kwestii w jednym poscie
(nawiasem mowiac nasza zmora :).

Dla mnie konstrukcja filmu tak, zeby widz mogl sie z kims utozsamic to
wymog dotyczacy tylko szeroko pojetej komercji, czyli rzeczy
przygotowanych dla tzw. masowego widza. Tymczasem rezyserzy uwazani za
tworczych czesto rezygnuja z tego i stawiaja widza w sytuacji, w ktorej
nie potrafi sie z nikim utozsamic. Robi to czesto Lynch, prawie zawsze
robi to Cronenberg, czasami tez Coenowie i czesto robil Kubrick. Ze
starych mistrzow, prawie zawsze robil to np. Antonioni, czesto tez
Bergman. (Kwestie utozsamienia z postaciami Kurosawy zostawiam na boku -
roznice kulturowe wydaja mi sie czesto na tyle wielkie, ze utozsamienie
jest niemozliwe.)

Jasne, ze sa gatunki, ktore wrecz wymagaja utozsamienia - bez
utozsamienia widza z okreslona postacia z filmu bardzo trudno
realizatorom osiagnac sukces. naprzyklad w filmach akcji sprawa jest
bardzo prosta - historia jest najwazniejsza i jest motorem filmu; co do
postaci - widz musi po kilku scenach wiedziec kogo ma lubic i kogo nie
lubic. Utozsamienie z bohaterem jest praktycznie nieodlacznym elementem
gatunku.

Innym sztandarowym gatunkiem jest horror, w ktorym jesli nie postawisz
sie w roli postaci na ekranie, raczej nie bedziesz sie bac. Ale i tutaj
sa filmy, ktore potrafia oderwac sie od tego schematu i postawic widza
np. przed strachem metafizycznym, wykraczajacym poza ekranowych
bohaterow. Robi to moim zdaniem Lsnienie Kubricka, w ktorym praktycznie
trudno sie utozsamic z kimkolwiek (Nicholson to psychol, jego zona to
histeryczka, a Danny jest nawiedzony, choc i tak wydaje sie najblizszy
widzowi). Dla mnie to wlasnie jeden z elementow, z powodu ktorych tak
lubie ten film.

Ale jest masa filmow, ktore wymieniamy nawzajem jako swoje ulubione, w
ktorych zupelnie nie ma szans w standardowy sposob utozsamic sie z
bohaterami - chocby wspomniana przez ciebie ostatnio Dzika Banda, a z
ostatnich lat np. Lost Highway. Zreszta przyznam, ze przepadam za
filmami, ktore swiadomie manipuluja sympatia widza do postaci - LA
Confidential, Usual Suspects, Blade Runner czy wlasnie Even Horizon to
przyklady, ktore przychodza mi do glowy jako pierwsze.

Zatem jak jest z tym utozsamianiem? Jest sens na jego podstawie oceniac
film, albo tym bardziej wizerunek aktora, tak jak to wyszlo przy
wspominaniu Fishburna? Moim zdaniem w wiekszosci nie ma sensu, ale
chetnie uslysze argumenty za.

R.

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00
Amarot wrote:


[Ponowny seans Matrix}

Moze. Tez cie zachecam do obejrzenia paru filmow, co zbywasz czesto
stwierdzeniem 'Jesli dzien bedzie wyjatkowo nudny...' Wczoraj dokonalem
dokladniejszej inspekcji wypozyczalni i z przykroscia stwierdzilem, ze
w kolejce do obejrzenia czeka co najmniej 15 filmow. A ze na razie nie
czuje potrzeby ponownego obejrzenia Matrixa, wiec po co sie zmuszac?


No, skoro wolisz Matrix w roli glownej z Tomaszem Knapikiem, to przeciez
cie nie zmusze :)

[EH - Fishburne]
Prawde powiedziawszy trudno mi bedzie dyskutowac z twoimi zarzutami
wobec Fishburne'a, bo nie mam pod reka kasety, by wskazac konkretne
sceny. Film ogladalem rowno dwa lata temu. Narazam sie wiec na kontry
w stylu: 'Nie wiesz co mowisz - przeciez Larry przekroczyl poklad Event
Horizona lewa noga, nie prawa'. Ale niech bedzie.


OK, wlasnie takich odzywek chcialem uniknac. Nie zrozum mnie zle -
sugeruje tylko, ze sam bylem zaskoczony (ogladajac film na zimno i
spokojnie w domu) tym, ze wczesniej nie zauwazylem tego jak drewniany
wydaje mi sie Fishburne.

Fishburne od momentu, gdy sie pojawia jest opanowany. Facet slucha
co mowia jego podwladni i spokojnie wydaje dyrektywy. Pamietam, ze
zrobilo to na mnie duze wrazenie. W takich Obcych szybko widzielismy,
jak nastepuje rozklad zalogi. Ripley nie dowodzila, lecz rzucala sie do
lekko histerycznej obrony Czestochowy. A Fishburne nie dal sie omotac
strachom, ktore go w koncowce dopadly - i zginal jak na twardziela
przystalo, probujac ratowac innych.


Koncepcji nie przecze - calkiem OK. Zarzucam cos wykonaniu.

Z kim innym mialbym sie utozsamiac? Przeciez nie z Kathleen Quinlan
i jego kobiecymi strachami. Moze z tym ogolonym na zero kolesiem,
ktorego juz oczy zdradzaly, ze nie pociagnie dlugo o zdrowych zmyslach?
Z tym kudlatym, ktorego wynioslo w przestrzen kosmiczna i ktorego
Fishburne (jak na kapitana przystalo) krwawiacego sciagnal na poklad,
probujac ratowac? Nawiasem mowiac, koles przypominal troche Johna
Hurta, wiec scene, gdy cos zaczelo go toczyc od wewnatrz przyjalem
jako nawiazanie do Scotta. W Aliens byl przynajmniej Michael Biehn,
ktory jak mozna bylo sie domyslic (dwa lata wczesniej Terminator),
pociagnie dlugo, wiec z taka postacia swobodnie moge sie utozsamiac.
Ale nie z cannon fodderem (czyli zaloga minus Fishburne) z EH.


Najpierw odpowiedz - napisalem, ze rozni widzowie w swietle calego filmu
nie moga utozsamic sie TYLKO z Neilem. A rozni widzowie, to rozne grupy.
Jakos nie podejrzewam, ze moja zona podczas seansu utozsamila sie z
Fishburnem. Jak ja znam, widziala siebie w roli Quinlan, grajacej matke
dla czlonkow zalogi. Akurat ty utozsamiales sie z Fishburnem i twoje
prawo. Moim zdaniem film jest tak skonstruowany, zeby oszukac widza i
najpiew kazac mu sie utozsamic z Neilem, a pozniej nagle zostawic z reka
w nocniku i w panice kazac szukac nowej postaci. Ze sceny na scene
postacie sa rozne i na przyklad moja sympatia zmieniala swoj ekranowy
obiekt.

Co do koncepcji utozsamiania - puscilem rownolegly post.

R.

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Maly off topic, skoro wspomniales muzyke brytyjska. Wczoraj szukajac
czegos w slowniku idiomow ze zdziwieniem zobaczylem, ze 'hand in glove',
czyli tytul pierwszego singla wiadomej grupy, to idiom. Od razu przypomnial
mi sie Between the devil and the deep blue sea, ktore nasi przetlumaczyli
niemal doslownie, a znaczy to przeciez mniej wiecej tyle, co 'miedzy
mlotem a kowadlem'.


Ale to ostatnie to doslownie 'Between the rock and the hard place'.
Zgaduje, ze Between the devil... najwyrazniej ma konotacje, ktorych nie
bylo sensu usuwac w polskim tytule. Zgaduje, bo nie widzialem filmu.

Co do tlumaczen, to temat wraca jak bumerang. Najgorsze jakie widzialem
w tym roku bylo chyba w Matrix - biedna kobieta nie zrozumiala czesci
wypowiedzi i niektore kwestie nie maja sensu. Z kolei Galazka-Salamon
wykonala ostatnio dobre tlumaczenie do Cookie's Fortune (choc na gre
slow z tytulu juz nie miala sil - szkoda) i moim zdaniem bardzo dobre do
Notting Hill.

R.

Wojciech Orlinski
30 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

[skad sie wzial tytul Nightmare on Elm Street]

Pewnie, ze dostaniesz :) Jest to tytul z Washington Post w dzien po
zabojstwie. Wzial sie stad, ze Oswald plus drugi (trzeci?) mityczny
snajper walili do Kennedy'ego, gdy ten przejezdzal przez Elm Street.


Moge tylko powiedziec: I'm impressed. Nie wiedzialem o tym!

Wojciech Orlinski
30 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Rufus T. Firefly:

Ale jest masa filmow, ktore wymieniamy nawzajem jako swoje ulubione, w
ktorych zupelnie nie ma szans w standardowy sposob utozsamic sie z
bohaterami - chocby wspomniana przez ciebie ostatnio Dzika Banda, a z
ostatnich lat np. Lost Highway.


Ostroznie ze sformulowaniami typu 'nie ma szans'. Ja na przyklad utozsamiam
sie z bohaterami LH w takim sensie, ze jak oni, miewam rozne pokusy, rozne
mysli, ktorych sam sie boje i bardzo mnie przeraza wizja wizyta kolesia,
ktory mi powie, ze nigdy nie przychodzi tam, gdzie nie zostanie zaproszony.

Zatem jak jest z tym utozsamianiem? Jest sens na jego podstawie oceniac
film, albo tym bardziej wizerunek aktora, tak jak to wyszlo przy
wspominaniu Fishburna? Moim zdaniem w wiekszosci nie ma sensu, ale
chetnie uslysze argumenty za.


Ale ja tylko bede mogl wrocic do argumentow, ktore juz padly, i ktore sa
dla mnie rozstrzygajace. Jesli nie utozsamiam sie z bohaterem, w nosie mam
jego problemy. Typowym przykladem sa dla mnie filmy Kieslowskiego czy
Zanussiego, ktore mnie na ogol pozostawiaja w calkowitej obojetnosci na
losy bohatera/bohaterki. 'Kij im w ucho z ich wydumanymi problemami', to
moj komentarz do filmu 'Constans' czy 'Trzy kaszany: niebieski'. Z tego
samego powodu potwornie wynudzil mnie 'Seven'.

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

Rufus T. Firefly wrote:


(ciach, bo bym musiala argumentowac wszystko po kolei)

Zatem jak jest z tym utozsamianiem? Jest sens na jego podstawie oceniac
film, albo tym bardziej wizerunek aktora, tak jak to wyszlo przy
wspominaniu Fishburna? Moim zdaniem w wiekszosci nie ma sensu, ale
chetnie uslysze argumenty za.


Nie zgodze sie z twierdzeniem, ze tylko filmy akcji i horrory stosuja
chwyt utozsamienia sie. Owszem, w nich (oraz w filmach katastroficznych)
jest to pewien wymog. Ale, o czym wspomnial WO, utozsamienie ja traktuje
raczej jako stworzenie postaci, ktorych przezycia sa potencjalnie w moim
zasiegu tudziez postaci, ktore zadaja sobie pytania podobne do tych,
jakie ja sobie zadaje.
Ergo: utozsamienie sie z bohaterem moze wystepowac w dwoch
plaszczyznach: emocjonalnej (tu mamy komercje, gdzie wiadomo, kogo mamy
lubic) i intelektualnej. Wspomniales o igraniu z widzem, ktory nie wie,
czy ma bohatera lubic czy potepiac - juz sam fakt, ze zastanawia sie nad
tym swiadczy o - w moim rozumieniu - utozsamieniu na owej plaszczyznie
intelektualnej.

Joanna

Joanna Czaplinska
30 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:

[snip]

| Pozdrawiam po raz pierwszy x muze

Jak powiedzial Morfeusz w swoim pierwszym pojawieniu sie na
ekranie: Welcome! Pozwalam sobie odegrac role komitetu powitalnego,
bo AFAIK Przewodniczacej Joanny do poniedzialku nie ma w necie :)


Hm, nie wiedzialam, ze awansowalam :))

Joanna

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

[Ponowny seans Matrix}
| Moze. Tez cie zachecam do obejrzenia paru filmow, co zbywasz czesto
| stwierdzeniem 'Jesli dzien bedzie wyjatkowo nudny...' Wczoraj dokonalem
| dokladniejszej inspekcji wypozyczalni i z przykroscia stwierdzilem, ze
| w kolejce do obejrzenia czeka co najmniej 15 filmow. A ze na razie nie
| czuje potrzeby ponownego obejrzenia Matrixa, wiec po co sie zmuszac?
No, skoro wolisz Matrix w roli glownej z Tomaszem Knapikiem, to przeciez
cie nie zmusze :)


Juz bardzo dawno nie ogladalem zadnego pornola, wiec zapomnialem
juz na szczescie ten jego parszywy glos :) Poza tym zdaje sie,
ze Matrixa nie bedzie na kasetach.

| Z kim innym mialbym sie utozsamiac? Przeciez nie z Kathleen Quinlan
| i jego kobiecymi strachami. Moze z tym ogolonym na zero kolesiem,
| ktorego juz oczy zdradzaly, ze nie pociagnie dlugo o zdrowych zmyslach?
| Z tym kudlatym, ktorego wynioslo w przestrzen kosmiczna i ktorego
| Fishburne (jak na kapitana przystalo) krwawiacego sciagnal na poklad,
| probujac ratowac? Nawiasem mowiac, koles przypominal troche Johna
| Hurta, wiec scene, gdy cos zaczelo go toczyc od wewnatrz przyjalem
| jako nawiazanie do Scotta. W Aliens byl przynajmniej Michael Biehn,
| ktory jak mozna bylo sie domyslic (dwa lata wczesniej Terminator),
| pociagnie dlugo, wiec z taka postacia swobodnie moge sie utozsamiac.
| Ale nie z cannon fodderem (czyli zaloga minus Fishburne) z EH.
Najpierw odpowiedz - napisalem, ze rozni widzowie w swietle calego filmu
nie moga utozsamic sie TYLKO z Neilem. A rozni widzowie, to rozne grupy.
Jakos nie podejrzewam, ze moja zona podczas seansu utozsamila sie z
Fishburnem. Jak ja znam, widziala siebie w roli Quinlan, grajacej matke
dla czlonkow zalogi. Akurat ty utozsamiales sie z Fishburnem i twoje
prawo. Moim zdaniem film jest tak skonstruowany, zeby oszukac widza i
najpiew kazac mu sie utozsamic z Neilem, a pozniej nagle zostawic z reka
w nocniku i w panice kazac szukac nowej postaci. Ze sceny na scene
postacie sa rozne i na przyklad moja sympatia zmieniala swoj ekranowy
obiekt.


Ej, no to sie zgadzamy. Zabawne, ze piszesz, ze 'moje prawo utozsamiac
sie', a w innym threadzie poddajesz w watpliwosc sens utozsamiania sie
widza z bohaterem :)

amarot

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

| Z kim innym mialbym sie utozsamiac?
Dla mnie konstrukcja filmu tak, zeby widz mogl sie z kims utozsamic to
wymog dotyczacy tylko szeroko pojetej komercji, czyli rzeczy
przygotowanych dla tzw. masowego widza. Tymczasem rezyserzy uwazani za
tworczych czesto rezygnuja z tego i stawiaja widza w sytuacji, w ktorej
nie potrafi sie z nikim utozsamic. Robi to czesto Lynch, prawie zawsze
robi to Cronenberg, czasami tez Coenowie i czesto robil Kubrick. Ze
starych mistrzow, prawie zawsze robil to np. Antonioni, czesto tez
Bergman. (Kwestie utozsamienia z postaciami Kurosawy zostawiam na boku -
roznice kulturowe wydaja mi sie czesto na tyle wielkie, ze utozsamienie
jest niemozliwe.)
Jasne, ze sa gatunki, ktore wrecz wymagaja utozsamienia - bez
utozsamienia widza z okreslona postacia z filmu bardzo trudno
realizatorom osiagnac sukces. naprzyklad w filmach akcji sprawa jest
bardzo prosta - historia jest najwazniejsza i jest motorem filmu; co do
postaci - widz musi po kilku scenach wiedziec kogo ma lubic i kogo nie
lubic. Utozsamienie z bohaterem jest praktycznie nieodlacznym elementem
gatunku.


Ufff, duzo tego naraz. Zaczne od zanegowania tego, jakoby Cronenberg
zacheca widza do utozsamiania sie z bohaterem. Jesli przejrzysz galerie
jego postaci, to zobaczysz, ze niewielu tam zwyklych ludzi. W swoich
pierwszych filmach eksperymentalnych DC obsadzal w glownej roli
najprzystojniejszego pedala z unwerka na ktorym studiowal, potem
cizie z branzy porno, Olivera Reeda, ktorego trudno sobie zwlaszcza
w tym etapie kariery wyobrazic w roli kogos nie bedacego schizem.
Michael Ironside, nieopanowany Walken. Chyba dopiero Goldblum
jawi sie jako 'good guy', ktoremu widz moze zaufac i razem z nim
isc przez film. I podobnie, jak w przypadku Normana Batesa, czeka
go niemila niespodzianka.

Innym sztandarowym gatunkiem jest horror, w ktorym jesli nie postawisz
sie w roli postaci na ekranie, raczej nie bedziesz sie bac. Ale i tutaj
sa filmy, ktore potrafia oderwac sie od tego schematu i postawic widza
np. przed strachem metafizycznym, wykraczajacym poza ekranowych
bohaterow. Robi to moim zdaniem Lsnienie Kubricka, w ktorym praktycznie
trudno sie utozsamic z kimkolwiek (Nicholson to psychol, jego zona to
histeryczka, a Danny jest nawiedzony, choc i tak wydaje sie najblizszy
widzowi). Dla mnie to wlasnie jeden z elementow, z powodu ktorych tak
lubie ten film.


Zgoda. Zauwaz, ze juz w klasykach horroru, czyli Franku i Draku nie
za bardzo wiadomo, czyja strone ma trzymac widz. To za duzy temat,
zeby go teraz rozwijac, ale to co wspominalem - w obu tych filarach
horroru wystepuje przeciwstawienie swiata nauki staremu swiatowi
(feudalnemu). Tyle ze tytulowi bohaterowie zamieniaja sie rolami
- baron Frankenstein to radykalna nauka posrod nie mogacych
zrozumiec jego eksperymentow wiochmenow, a Drak to relikt starej
cywilizacji posrod nowoczesnego swiata. I na kogo tu stawiac?

Zatem jak jest z tym utozsamianiem? Jest sens na jego podstawie
oceniac film, albo tym bardziej wizerunek aktora, tak jak to wyszlo
przy wspominaniu Fishburna? Moim zdaniem w wiekszosci nie ma
sensu, ale chetnie uslysze argumenty za.


Nie w kazdym gatunku, ale w wiekszosci ma. Nie wyobrazam sobie,
by w Chandlerowskim thrillerze nie utozsamiac sie z bohaterem.
Masz goscia, ktory lazi po zaulkach, podglada, weszy. I co, chcesz
patrzyc na to z boku - bo ja chce sobie wyobrazac, ze to ja jestem
w tej akcji.

Duzo zalezy od narracji. Jesli przez dlugi czas skupiasz sie na
bohaterze, a potem pokazujesz, ze on jest be, powstaje bardzo
nieprzyjemne uczucie, taki sleaze u widza. Dlatego Hellraiser jest tak
obrzydliwy, bo namacalnie pokazuje rozklad i degrengolade bohaterow,
ktorych na poczatku znalismy jako normalnych ludzi. W Lsnieniu
poprzez settingi, prezentacje Overlooka, nabieram dystansu i przygladam
sie akcji z zewnatrz. Ale jak mowie, sa gatunki filmowe (wspomniany
wczesniej thriller) w ktorych utozsamianie sie uwazam za niezbednik
dobrego ogladania filmu. Poza tym faktem jest, ze masowi widzowie
to lubia - bo skad sie biora ogladzone twarze w hollywoodzkich
blockbusterach?

amarot

Amarot
30 Sie 1999, 03:00

| Zatem jak jest z tym utozsamianiem? Jest sens na jego podstawie oceniac
| film, albo tym bardziej wizerunek aktora, tak jak to wyszlo przy
| wspominaniu Fishburna? Moim zdaniem w wiekszosci nie ma sensu, ale
| chetnie uslysze argumenty za.
Ale ja tylko bede mogl wrocic do argumentow, ktore juz padly, i ktore sa
dla mnie rozstrzygajace. Jesli nie utozsamiam sie z bohaterem, w nosie
mam jego problemy. Typowym przykladem sa dla mnie filmy Kieslowskiego
czy Zanussiego, ktore mnie na ogol pozostawiaja w calkowitej obojetnosci
na losy bohatera/bohaterki. 'Kij im w ucho z ich wydumanymi problemami',
to moj komentarz do filmu 'Constans' czy 'Trzy kaszany: niebieski'. Z
tego samego powodu potwornie wynudzil mnie 'Seven'.


O, wreszcie czlowiek, ktory ma podobne zdanie wobec Seven, jak ja!
Od pewnego momentu czekalem juz tylko, jakie jeszcze gore zaserwuje
Fincher, bo Dziadek Mroz Freeman ani Pitt przestali mnie obchodzic.

amarot

phenomen
30 Sie 1999, 03:00
babe alta lasta hasta!

Przede wszystkim wydawal i sie sztucznie wstawiony do filmu, wlasnie po
to, zeby odciazyc wizerunek zalogi. Uwazalem to za prymitywne. Skoro juz
rozmawialismy o Even Horizon, dodam ze tam 'comic relief' byl znacznie
rozsadniej wymyslony.


niestety nie widzialem chyba Even(t) Horizon... Widzialem kiedys cos o
zdaje sie podobnym tytule, gdzie grupka kosmicznych komandosow zostaje
wyslana w okolice Saturna, gdyz zaginal tam jakis statek... to bylo
dawno wiec nie pamietam za dobrze.Jednak to byloby bardzo dziwne zeby
to byl ten sam film, bo dlaczego mialoby sie o nim teraz dopiero tyle
mowic...

A co mam na mysli, mowiac o grze? Chocby malo przekonujaco zagrana scene
podczas posilku - gosc sztucznie recytuje kwestie o smaku kurczaka,
serwuje gestykulacje, ktora odebralem tak, jakby cwiczyl to wczesniej
przed lustrem.


interesuje mnie, bo zupelnie nie odnioslem chociaz ksztyny takiego
wrazenia o ktorym mowisz... chlopak wydawal mi sie dziwny, ale nie
sztuczny... Kiedy ogladam film, nie zastanawiam sie nad tym czy ktos
jest sztyczny czy nie, tylko przyjmuje to jako przemyslane dzielo
przedstawione... tak jest napewno przyjemniej, chociaz oczywiscie
potrafie doglebnie analizowac, jednak z ocenami powstrzymuje sie
wlasciwie calkowicie, bo to glupie imho...

Na mnie w ogole sprawial wrazenie, jakby desperacko
probowal na siebie zwrocic uwage swoimi kilkoma kwestiami, bo to jego
szansa wybicia sie.


nie wiem o jakim wybiciu sie mowisz... Desperackosci nie zauwazylem,
moze troche impulsywnosci, ale nie mialo to nic wspolnego z desperacja
jakakolwiek... Jak juz wspomnialem, osoba ta jest "dziwna" dla
statystycznego "kinomana" bowiem taka juz jest specyfika klimatow
cyberpunkowych [w tym przypadku powiedzmy ze cwierc-cyberpunkowych]
... Tutaj nie ma miejsca na niskopoziomowe domysly, w stylu "on chcial
to i tamto bo ma zielony krawat ;)", ten gatunek daja nigdzie nie
spotykana swobode w ukazywaniu swiata przedstawionego i liczy sie
tylko to co jest na ekranie... W tym wypadku Mouse jest skarzony swoim
otoczeniem, wychowaniem w nieznanym nam otoczeniu, w zupelnie innym
swiecie... on powinien byc przerazajaco "dziwny", a jest tylko
troche... co wskazuje na czesc przeslania utworu o jednosci ludzi, bez
wzgledu na metaforyczny "kolor skory"...
Sam oczywiscie film o tym samym przeslaniu robilbym w zupelnie inny
sposob, wiec nie utozsamiam sie z tym specjalnie, tylko probuje
tlumaczyc braci Wachowsky, bo rozumiem...

pozdr

...alarm call phenomen...

Wojciech Orlinski
30 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

| Ale ja tylko bede mogl wrocic do argumentow, ktore juz padly, i ktore sa
| dla mnie rozstrzygajace. Jesli nie utozsamiam sie z bohaterem, w nosie
| mam jego problemy. Typowym przykladem sa dla mnie filmy Kieslowskiego
| czy Zanussiego, ktore mnie na ogol pozostawiaja w calkowitej obojetnosci
| na losy bohatera/bohaterki. 'Kij im w ucho z ich wydumanymi problemami',
| to moj komentarz do filmu 'Constans' czy 'Trzy kaszany: niebieski'. Z
| tego samego powodu potwornie wynudzil mnie 'Seven'.
O, wreszcie czlowiek, ktory ma podobne zdanie wobec Seven, jak ja!
Od pewnego momentu czekalem juz tylko, jakie jeszcze gore zaserwuje
Fincher, bo Dziadek Mroz Freeman ani Pitt przestali mnie obchodzic.


Moze o czyms zapomnialem, ale wydaje mi sie, ze horrory to akurat ta
dzialka, w ktorej sie mniej wiecej zgadzamy. Obaj lubimy, kiedy sie nas
straszy w sposob logiczny, prawdopodobny i w jakims tam sensie realistyczny
(stad nasza admiracja dla 'Teksanskiej masakry'), natomiast serwowanie nam
jednego obrzydlistwa za drugim bez dbania o fabule budzi u nas najwyzej
ziewanie.

Amarot
31 Sie 1999, 03:00

| Ale ja tylko bede mogl wrocic do argumentow, ktore juz padly, i ktore
| sa dla mnie rozstrzygajace. Jesli nie utozsamiam sie z bohaterem, w
| nosie mam jego problemy. Typowym przykladem sa dla mnie filmy
| Kieslowskiego czy Zanussiego, ktore mnie na ogol pozostawiaja
| w calkowitej obojetnosci na losy bohatera/bohaterki. 'Kij im w ucho
| z ich wydumanymi problemami', to moj komentarz do filmu
| 'Constans' czy 'Trzy kaszany: niebieski'. Z
| tego samego powodu potwornie wynudzil mnie 'Seven'.
| O, wreszcie czlowiek, ktory ma podobne zdanie wobec Seven, jak ja!
| Od pewnego momentu czekalem juz tylko, jakie jeszcze gore zaserwuje
| Fincher, bo Dziadek Mroz Freeman ani Pitt przestali mnie obchodzic.
Moze o czyms zapomnialem, ale wydaje mi sie, ze horrory to akurat ta
dzialka, w ktorej sie mniej wiecej zgadzamy. Obaj lubimy, kiedy sie nas
straszy w sposob logiczny, prawdopodobny i w jakims tam sensie
realistyczny (stad nasza admiracja dla 'Teksanskiej masakry'),
natomiast serwowanie nam jednego obrzydlistwa za drugim bez
dbania o fabule budzi u nas najwyzej ziewanie.


Przeciez przy kazdej okazji zaznaczam, ze bardzo lubie ekranowy kisiel
- z jednym ale. Musi on pasowac do (zazwyczaj) komediowo-farsowej
konwencji filmu. Raczej  nie trawie gore w rzeczach typu 8mm Schumachera,
bo widze ze facet poprzez pokazywanie w zblizeniach noza rozbebeszajacego
cialo, zalosnie probuje dodac troche pieprzu do swego filmu.

Jesli chodzi o rasowe horrory, ktore stawiaja sobie za cel straszenie
widza, to niestety jest ich coraz mniej, ale zgadzamy sie, ze tutaj gore
nie jest niezbedne, a czasem wrecz szkodliwe. Ostatnio obejrzalem
Poltergeista II i III, ktore wczesniej olewalem, myslac ze stanowia
kiepskie kalke oryginalu. Krytycy wyrazaja sie o nich pogardliwie,
zjezdzajac na zasadzie na jakiej zjezdza sie zwykle sequele.
Tymczasem sa to wysmienite filmy grozy! Jesli chcesz, by film
cie straszyl w inteligentny sposob, objerzyj zwlaszcza trojke.
Praktycznie nie ma tam flakow, a podczas projekcji bylo
mi zimno, jak podczas ogladania Event Horizona.

amarot

Wojciech Orlinski
31 Sie 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

Jesli chodzi o rasowe horrory, ktore stawiaja sobie za cel straszenie
widza, to niestety jest ich coraz mniej, ale zgadzamy sie, ze tutaj gore
nie jest niezbedne, a czasem wrecz szkodliwe. Ostatnio obejrzalem
Poltergeista II i III, ktore wczesniej olewalem, myslac ze stanowia
kiepskie kalke oryginalu. Krytycy wyrazaja sie o nich pogardliwie,
zjezdzajac na zasadzie na jakiej zjezdza sie zwykle sequele.
Tymczasem sa to wysmienite filmy grozy! Jesli chcesz, by film
cie straszyl w inteligentny sposob, objerzyj zwlaszcza trojke.


Tez bardzo lubie!

Praktycznie nie ma tam flakow, a podczas projekcji bylo
mi zimno, jak podczas ogladania Event Horizona.


A dla rownowagi Event Horizon zachwycil mnie tak srednio (na jakies
trzy gwiazdki). Glownie dlatego, ze wszystko tam juz kiedys widzialem i
niespecjalnie mnie zaskakiwal rozwoj wydarzen.



Podobne tematy:
Pro¶ba o porady na temat kłótni.
Dyskusja ogólna (stary temat)
Wykład na temat taktyki przelotów szybowcowych
Testowy temat w SubForum
Test temat
Forum na temat ... rzeczy które chcesz wiedzieć.
FM 43