Barry Lyndon (dlugie, bo tutaj mozna :)

Kategoria: Dla tych, ktorzy nad MegaHit przedkladaja Mistrzow Kina.

Wersja archiwalna tematu "Barry Lyndon (dlugie, bo tutaj mozna :)" z grupy pl.hum.x-muza



Rufus T. Firefly
26 Sie 1999, 03:00
Jak mawial Elmer z Brain Damage: Hallo!

Tak sie zlozylo, ze na poczatku roku udalo mi sie po raz pierwszy
obejrzec Barry Lyndona. Bylem pod wrazeniem filmu przez jakies 2
tygodnie. Kiedy ciagle jeszcze go przezywalem, zmarl Kubrick. Byc moze
nie wywarloby to na mnie takiego wrazenia, gdybym nie byl krotko po
seansie BL, a tak, ta zla wiadomosc mnie powalila. Ponizej zaczepka dla
ludzi, ktorzy znaja film i chca wymienic poglady.

BL to definitywnie najbardziej obsesyjnie zrealizowany film, jaki
widzialem w tym roku. Od scen nocnych w pomieszczeniach, ktore krecono
wylacznie w technice 'available light' (oscar dla Alcotta), przez
makijaz/scenografie/kostiumy (tez oscary), przez fakt, ze postacie
chodza w niektorych scenach na ekranie w rytm odtwarzanej muzyki, po
koncowe napisy, w ktorych kolejna plansza z nazwiskami pojawia sie w
dokladnych odstepach od siebie i rytmicznie do muzyki (jesli dobrze
licze, co 8 takt odtwarzanej muzyki, dokladnie na odpowiednim akcencie).
Wszystkie te prawie niezauwazalne elementy zrobily na mnie wrazenie
maksymalnego przemyslenia materialu, co bardzo lubie.

Jak zwykle u Kubricka, mialem wrazenie calkowitej sterylnosci - cos co
trudno wyrazic, a co ciagle mnie przy jego filmach przesladuje. Mialem
wrazenie, ze rezyser patrzy na material jak naukowiec, bez wzruszenia i
uczuc, raczej z nastawieniem analitycznym. W polaczeniu z opowiadana
historia (ktora w rekach kogo innego bylaby pewnie smutnym melodramatem)
robi to dziwne wrazenie jakiejs nieuchronnosci tego co sie wydarzy.
Poglebia to jeszcze narrator, ktory od razu zdradza jak zakonczy sie
zycie protagonisty.

Duze wrazenie zrobila na mnie mysl, z ktorej zdalem sobie sprawe po
zakonczeniu seansu - Kubrick usunal z tego filmu wiekszosc elementow, z
powodu ktorych film moglby sie podobac w, ze tak powiem, standardowy
sposob - znamy zakonczenie, postacie sa przedstawiane bez najmniejszej
odrobiny sympatii, rezyser zdaje sie przykladac najwieksza uwage do
najmniej zauwazalnych elementow (drogiazgi scenograficzne, reakcje
postaci na muzyke). Skojarzylo mi sie to z Peckinpahem, choc oczywiscie
sa to dwa rozne bieguny geniuszu.

Absolutnie znakomite wyczucie slowa - fakt, wiele superlatyw nalezy sie
Thackeray'owi, ale to nie grupa o ksiazkach. Ostatecznie to Kubrick
wybral odpowiednie pasaze. Mialem wrazenie, ze w tak naladowanym slowami
filmie nie pada ani jedna niepotrzebna kwestia.

Narrator - Kubrick jest dla mnie chyba jedynym rezyserem, ktory potrafil
uzywac narracji jako uzasadnionego srodka. Glos zza kadru uwazam zwykle
za niepotrzebny - pakowany do filmu z mysla o mniej inteligentnych
widzach (zmora filmow amerykanskich), jako sygnal narracji opowiadania
jednego z bohaterow (zwykle niepotrzebne zapozyczenie z literatury,
uzasadnione prawie wylacznie w filmie noir), albo po to, zeby oszczedzic
czas i uniknac koniecznosci pokazywania czegos na ekranie (powiedzmy, ze
to w miare uzasadnione). U Kubricka narracja jest po to, zeby zmieniac
charakter pokazywanych scen. W BL po pierwsze powala literackoscia
jezyka i wyczuciem slowa, ale po drugie zdradza co sie zaraz wydarzy. To
ostatnie zabija w widzu nastawienie na akcje i przenosi uwage na motywy
i nastroj. Byc moze dzieki temu po filmie tak dlugo pozostaje w widzu
wlasnie ten dziwny, specyficzny nastroj.

Ostatnia rzecz - czarny humor. Bardzo to u Kubricka cenie. Uwazam, ze
prezentowal czarny humor w najmniej popularniej wersji. W ostatnich
latach czarny humor jakos mocno potanial - chyba glownie przez filmy
nasladowcow Tarantino, w ktorych cos robi sie centralnie na oczach widza
i przyciaga do tego wielka uwage, zeby tylko czasem ktos nie przeoczyl
dowcipu. (Wyjatkiem sa Coenowie, ktorzy od zawsze mieli bardziej
wysublimowane poczucie humoru i dzisiaj niepotrzebnie sa czesto wrzucani
do jednego worka z nasladowcami QT, mimo ze sa jego prekursorami.)
Kubrick moim zdaniem prezentuje czarny humor mimochodem, jakby gdzies w
rogu ekranu, bez sygnalizowania, ze zaraz cos sie wydarzy i tym bardziej
bez sugerowania, ze wlasnie to cos jest smieszne. Od reakcji komputera w
2001, przez postac i teksty George'a C Scotta (wlasnie jego, a nie
Sellersa czy Slima Pickensa) w Dr. Strangelove, postac Scatmana
Crothersa w Lsnieniu, do ...sceny rabunku w BL. Dla mnie, z tym
jezykiem, postaciami i gra aktorska, to absolutna perelka.

BL to jeden z najlepszych filmow, jakie widzialem w tym roku. W czolowce
razem z Charakterem, Idiotami i rzecza, ktorej pewnie prawie nikt nie
zna (poza tymi, ktorzy obejrzeli to razem ze mna :) - Cemetary Man.

Do dzis nic mi nie wiadomo o zamiarach pokazania BL w TVP. Kilka tygodni
temu w zajawkach Kocham kino odgrazano sie, ze bedzie seria filmow
Kubricka i seria skonczyla sie na jednym filmie. Moze po wakacjach...

R.

Joanna Czaplinska
26 Sie 1999, 03:00

Jak mawial Elmer z Brain Damage: Hallo!


Rufusie, jak milo znow Cie widziec! Oczekiwalam z niecierpliwoscia na te
grupe, zeby sobie z toba pogawedzic o Matrixie, ale chyba juz wszystko
zostalo powiedziane :((

Joanna

Amarot
26 Sie 1999, 03:00

Jak mawial Elmer z Brain Damage: Hallo!


Nie Elmer, lecz Aylmer - co znaczy silny - i on taki wlasnie byl :)

Z poczatku przecieralem oczy, regulowalem monitor, potem zresetowalem
serwer i od nowa zaladowalem wszystkie grupy, dopiero wtedy dotarlo do
mnie, ze nie ma pomylki w stopce tego postu. Polal sie szampan.

Tak sie zlozylo, ze na poczatku roku udalo mi sie po raz pierwszy
obejrzec Barry Lyndona. Bylem pod wrazeniem filmu przez jakies 2
tygodnie. Kiedy ciagle jeszcze go przezywalem, zmarl Kubrick. Byc moze
nie wywarloby to na mnie takiego wrazenia, gdybym nie byl krotko po
seansie BL, a tak, ta zla wiadomosc mnie powalila. Ponizej zaczepka dla
ludzi, ktorzy znaja film i chca wymienic poglady.


Jak wiesz, nie widzialem Barry'ego Lyndona, ale jestem wlasnie
po obejrzeniu The Killing, wiec dorzuce pare zdan o Kubricku.
Nie dostrzeglem w nim czarnego humoru, ktory wskazywales
w innych filmach Kubricka - jesli juz, to gorzka ironia - jak w scenie,
gdy otwiera sie walizka z pieniedzmi. Glos zza kadru faktycznie
niecodzienny. Od razu, gdy z aptekarska dokladnoscia relacjonuje
wydarzenia, zwiastuje to zly omen. Mniej wiecej tak jak pisales
- zdradza, co sie zaraz wydarzy.

Bylem zupelnie zaskoczony realizacja wszelkich bijatyk. To rzecz o dziesiec
lat wczesiejsza od Peckinpaha z Dzikiej Bandy i Billy'ego Kida, a montaz
i dlugie ujecia kaza zdejmowac kapelusze z glow. Dlugie ujecia bez
dublerow, gdy grubas pierze policjantow.

Twardziel w roli glownej. Podobnie, jak Douglas w Paths of Glory.
W pozniejszych filmach Kubricka (wylaczajac BL, ktorego nie znam)
nie widzialem juz tak zdeterminowanej postaci. Nawet w zakonczeniu
Kubrick nie pokaze wprost jego porazki. Hayden do konca pozostanie
twardzielem, ktory tak naprawde nie popelnil zadnego bledu.

O Kubricku napisano kiedys, ze pokazuje rozpadanie sie wielkich
pomyslow (nie przeszlo mi przez klawiature slowo 'idei'), zniszczonych
przez ludzka chciwosc. Tutaj napad zostal rozlozony glownie przez
kochanke jednego z bandziorow. Gdyby nie slaba wola facia, ktory
szedl sie do niej wyplakac, nie byloby masakry i Hayden nie musailby
uciekac sam z pelna walizka, a wowczas ona nie otworzylaby sie itd.

BL to jeden z najlepszych filmow, jakie widzialem w tym roku. W czolowce
razem z Charakterem, Idiotami i rzecza, ktorej pewnie prawie nikt nie
zna (poza tymi, ktorzy obejrzeli to razem ze mna :) - Cemetary Man.


Do not understimate the power of Day of the Beast. W nocy obejrzalem
dzis Perdite Durango i po sobotniej (I hope) projekcji Accion Mutante
napisze cos o De la Iglesii, bo to gosc, ktory w tym roku jest dla mnie
najwiekszym odkryciem.

amarot

Rufus T. Firefly
26 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Z poczatku przecieralem oczy, regulowalem monitor, potem zresetowalem
serwer i od nowa zaladowalem wszystkie grupy, dopiero wtedy dotarlo do
mnie, ze nie ma pomylki w stopce tego postu. Polal sie szampan.


A mnie lzy wzruszenia. Dziekuje Joannie i Amarotowi za mile przyjecie, a
najbardziej tobie strachu na wroble - nigdy was nie zapomne :)

Jak wiesz, nie widzialem Barry'ego Lyndona, ale jestem wlasnie
po obejrzeniu The Killing, wiec dorzuce pare zdan o Kubricku.
Nie dostrzeglem w nim czarnego humoru, ktory wskazywales
w innych filmach Kubricka - jesli juz, to gorzka ironia - jak w scenie,
gdy otwiera sie walizka z pieniedzmi.


Powiedzialbym, ze to po prostu inne czasy. The Killing jest czarne jak
umysl pana Kapery. Gdyby nie Huston, Kubrick dzierzylby miano autora
mojego ulubionego filmu noir lat 50.

Twardziel w roli glownej.


Pierwszy raz widzialem The Killing gdzies w ogolniaku. Od tej roli, w
duecie z Asfaltowa dzungla Hustona, Sterling Hayden byl dla mnie jednym
z archetypow przegranego twardziela. Facet robi to lepiej niz ktokolwiek
inny i uosabia dla mnie ere lat 50, w ktorej tacy goscie, ze swoim
pogardliwym podejsciem do przegranej, do kobiet i do pieniedzy, mieli
racje bytu. Jakos nie wyobrazam sobie go dzis w kinie. Moze moglby
zastapic nieodzalowanego JT Walsha. Mimo wszystko chyba nie, mial jakas
taka gebe prawie szlachetnego twardziela.

Nawiasem mowiac Hayden mial dosc szare przejscia z czasow McCarthy'ego.
Byl jakis czas na czarnej liscie, a pozniej zdecydowal sie podac pare
nazwisk i wrocil na ekran. Moze jednak nie byl takim twardzielem...

W pozniejszych filmach Kubricka (wylaczajac BL, ktorego nie znam)
nie widzialem juz tak zdeterminowanej postaci.


W BL tez jej nie znajdziesz. Trudno Ryana O'neala uznac za
zdeterminowanego. Facet po prostu poddaje sie biegowi zdarzen i nie
wydaje sie nawet ciekawy co z tego wyniknie.

A propos determinacji u Kubricka - czyzby Nicholson z siekiera nie robil
na tobie wrazenia czlowieka dosc mocno zdeterminowanego :)

R.

Joanna Czaplinska
26 Sie 1999, 03:00

Rufus T. Firefly wrote:
A mnie lzy wzruszenia. Dziekuje Joannie i Amarotowi za mile przyjecie, a
najbardziej tobie strachu na wroble - nigdy was nie zapomne :)


There's no place like home :))

Joanna

Rufus T. Firefly
26 Sie 1999, 03:00

| BL to jeden z najlepszych filmow, jakie widzialem w tym roku. W czolowce
| razem z Charakterem, Idiotami i rzecza, ktorej pewnie prawie nikt nie
| zna (poza tymi, ktorzy obejrzeli to razem ze mna :) - Cemetary Man.

Do not understimate the power of Day of the Beast.


Day of the Beast to bardzo dobra rzecz, na pewno jedna z najlepszych
propozycji okolohorrororwych w latach 90 - gdzies niedaleko Petera
Jacksona. Powtorze tylko kwestie, ktora wspominalismy juz prywatnie -
jest w tym filmie jakies 20 minut, w ktorym niewiele sie dzieje i
niestety czas ten przypada na najgorszy moment - zakonczenie filmu. Poza
tym przy kolejnym seansie mozna sie juz w zasadzie tylko rozkoszowac gra
Alexa Angulo, bo reszta nie robi juz takiego wrazenia. Swoja droga
Angulo oczywiscie zasluguje na umieszczenie w czolowce postaci horroru
lat 90 - znakomicie zagrana i przemyslana rola.

R.

Amarot
26 Sie 1999, 03:00

| Do not understimate the power of Day of the Beast.
Day of the Beast to bardzo dobra rzecz, na pewno jedna z najlepszych
propozycji okolohorrororwych w latach 90 - gdzies niedaleko Petera
Jacksona. Powtorze tylko kwestie, ktora wspominalismy juz prywatnie -
jest w tym filmie jakies 20 minut, w ktorym niewiele sie dzieje i
niestety czas ten przypada na najgorszy moment - zakonczenie filmu. Poza
tym przy kolejnym seansie mozna sie juz w zasadzie tylko rozkoszowac gra
Alexa Angulo, bo reszta nie robi juz takiego wrazenia. Swoja droga
Angulo oczywiscie zasluguje na umieszczenie w czolowce postaci horroru
lat 90 - znakomicie zagrana i przemyslana rola.


Tak jak juz wspominalem - po pieciu minutach, gdy ze smiechu omal
nie spadlem z kanapy, juz dawalem temu filmowi 7/10 niezaleznie od
tego, co by sie dalej dzialo. Fakt, gdzies tak w okolicach sceny, gdy
Angulo dostaje lomot w dyskotece, jest jakies pol godziny slabszej
akcji. Moze trzeba bylo skrocic film, moze troche rozproszyc gagi,
ktorymi przez pierwsze piec minut film strzela jak armata.

Bardzo sie zasmucilem, ze Angulo nie pojawil sie w Perdicie (na szczescie
jest w Accion Mutante). BTW, film jest normalnie w wypozyczalniach,
co mnie zupelnie zabilo. Nie bede na razie spoilerowal biorac poprawke,
ze dzis w C+ jest emisja.

amarot

Amarot
26 Sie 1999, 03:00
[The Killing]

| Twardziel w roli glownej.
Pierwszy raz widzialem The Killing gdzies w ogolniaku. Od tej roli, w
duecie z Asfaltowa dzungla Hustona, Sterling Hayden byl dla mnie jednym
z archetypow przegranego twardziela. Facet robi to lepiej niz ktokolwiek
inny i uosabia dla mnie ere lat 50, w ktorej tacy goscie, ze swoim
pogardliwym podejsciem do przegranej, do kobiet i do pieniedzy, mieli
racje bytu. Jakos nie wyobrazam sobie go dzis w kinie. Moze moglby
zastapic nieodzalowanego JT Walsha. Mimo wszystko chyba nie,
mial jakas taka gebe prawie szlachetnego twardziela.


Moim zdaniem geba JT nie jest dobrym materialem na twardziela: puste
oczy i nerwowa mimika. W rolach schizow byl niezrownany, ale nie bardzo
go widze w roli goscia, ktory wyprostowuje sie i bez drgniecia powieki mowi
cos w stylu: 'To miasto jest za male dla nas dwoch!' :)

Nawiasem mowiac Hayden mial dosc szare przejscia z czasow McCarthy'ego.
Byl jakis czas na czarnej liscie, a pozniej zdecydowal sie podac pare
nazwisk i wrocil na ekran. Moze jednak nie byl takim twardzielem...


Hayden z tego co o nim czytalem, byl marynarzem, romantykiem i w kinie
siedzial tylko jedna noga. Inaczkowie kochali sie w nim niemal tak, jak w
Boskim Jamesie, kobiety chyba tez - kiedys Jopkiewicz zachwycal sie
nim w Filmie, piszac cos w rodzaju malej biografii Haydena. Bede troche
konfabulowal, ale Hayden mial chyba syna, do ktorego nie chcial sie
przyznac, wiec nie ma dzis konca spekulacjom kim jest ten
czterdziestokilkuletni juz dzis mlodzieniec.

Hayden skopal mnie w scenie, gdy tuz po napadzie zalozyl ciemne
okulary i dal noge z budynku, uprzednio nokautujac policjanta,
a nastepnie wmieszajac sie w tlum. To, co gosc odstawia w tej
sekwencji, bije na glowe wyglupy Van Damme'ow i Sly'ow, ktorzy
jawia sie przy Haydenie jako zwykli lalusiowie. Pelen power.

Powiem ci, ze jego role w Ojcu Chrzestnym odbieram niestety jako
niepotrzebne nadszarpniecie mitu twardziela. Wielu widzow pamieta
go zwlaszcza z tej roli i dopiero po projekcji Asfaltowej Dzungli i Killing
musza zmienic zdanie.

A propos determinacji u Kubricka - czyzby Nicholson z siekiera nie robil
na tobie wrazenia czlowieka dosc mocno zdeterminowanego :)


Wiesz co King najabrdziej zarzucal Kubrickowi? Wlasnie to, ze obsadzil
Nicholsona, bo od razu po tym diable widac, ze nie wytrzyma dlugo
przy zdrowych nerwach. Oczywiscie, nie zgadzam sie w tym w pelni,
ale tez nie nazwalbym tez Jacka zdeterminowanym. Po prostu - nastepuje
proces jego rozkladu - zarowno fizycznego, jak i psychicznego.
Ot, taka dekompozycja.

Skoro wspominasz Shining, od razu idzie skojarzenie -King -Dead
Zone -Cronenberg. Jestem jeszcze w szoku, po przeczytaniu jego
autobiografii. Kiedys uwazalem DC za (jakby stwierdzil WO) nudziarza
i snoba, potem za interesujacego rezysera, teraz za mistrza. Przetrawie
sobie to jeszcze i mysle, ze za jakis czas utniemy sobie o nim dyskusje.
Poki co smuci mnie brak odzewu an Bunuela. Nie chcialem sie wyglupiac
i pisac jakiegos pseudo eseju, wiec wypocilem krotki zajawkowy post
liczac, ze ktos podejmie trop. Poki co skrzydla, ktore zamierzalem
rozwinac gdzies tak po trzecim czy czwartym poscie, musialem
schowac do garazu :(

amarot

Rufus T. Firefly
27 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Skoro wspominasz Shining, od razu idzie skojarzenie -King -Dead
Zone -Cronenberg. Jestem jeszcze w szoku, po przeczytaniu jego
autobiografii. Kiedys uwazalem DC za (jakby stwierdzil WO) nudziarza
i snoba, potem za interesujacego rezysera, teraz za mistrza. Przetrawie
sobie to jeszcze i mysle, ze za jakis czas utniemy sobie o nim dyskusje.


Rozumiem, ze piszesz o ksiazce 'Cronenberg on Cronenberg'. Swiadoma
autobiografia bym chyba tego nie nazwal, bo to po prostu wyciag z kilku
dluzszych wywiadow, ale powiedzmy, ze nazwa nie ma tutaj znaczenia.

Jak wiesz, Cronenberg byl zawsze jednym z moich ulubionych rezyserow,
ale po lekturze tej ksiazki nabralem do faceta wielkiego szacunku jako
do czlowieka i artysty. Ksiazka powala. Wyrasta z niej obraz Cronenberga
jako bardzo dobrze wyedukowanego, oczytanego intelektualisty, ktory
jednak nie musi sie podpierac malo zrozumialymi filozofiami i dziwnymi
teoriami, ale potrafi klarownie wyjasniac swoje zamiary i inspiracje. Do
tego z jego wypowiedzi przebija niesamowita szczerosc i, powiedzialbym,
'uczciwosc artystyczna'. Okazuje sie, ze gosc odrzucal propozycje, ktore
pewnie dalyby mu mnostwo pieniedzy i moze nawet mozliwosc
samo-finansowania roznych projektow, a odrzucal je dlatego, ze nie
potrafilby wlozyc serca w ich realizacje. Reaguje na cos takiego z duzym
szacunkiem dla rezysera.

Musze powiedziec, ze duze wrazenie zrobila na mnie 'swada' z jaka gosc
potrafi opowiadac. Jako ze jestem fanem Cronenberga, w swojej kopii
ksiazki postanowilem zaznaczac olowkiem fragmenty, do ktorych chcialem
pozniej wrocic i po kilkudziesieciu stronach stwierdzilem, ze
praktycznie na kazdej stronie mam pozaznaczane jakies akapity.
Praktycznie kazdej produkcji towarzyszy mnostwo ciekawostek, m.in. z
odpowiednia otoczka dotyczaca owczesnego zycia w Kanadzie, albo
owczesnego stanu kanadyjskiej kinematografii. Raz Cronenberg pisze o
tym, jak w poszukiwaniu kogos chetnego do sfinansowania swojego
pelnometrazowego debiutu trafil do firmy produkujacej filmy
pornograficzne i nie dostal projektu, bo na zdjeciach probnych chcial
nakrecic scene kopulacji na hustawce, ustawiajac kamere ...pod hustawka
("I thought it was a great angle for the camera"). Innym razem pisze o
tym, jak w drugiej polowie lat 70 w Kanadzie wprowadzono ulge podatkowa
dla firm inwestujacych w produkcje filmowa i stalo sie to przez kilka
lat furtka dla ogromnych naduzyc (pelna kwote podatku mozna bylo odpisac
juz po podpisaniu umowy realizacyjnej), ale jednoczesnie dalo wielkiego
kopa kinematografii i pozwolilo Cronenbergowi sfinansowac pare filmow.
Oczywiscie historie tego typu, podane z duza iloscia ciekawostek
dotyczacych np. aktorow, to tylko dodatek. W centrum sa tutaj
przemyslenia Cronenberga o swoim materiale i tlo realizacji
poszczegolnych filmow.

Dla mniej zorientowanych - ksiazke "Cronenberg on Cronenberg" wydalo
wydawnictwo Faber & Faber w serii poswieconej 'autorom' kina (Inne
tytuly: Lynch on Lynch, Hitchcock on Hitchcock, Scorsese on Scorsese
itd.). Dla fanow Cronenberga to lektura obowiazkowa, ale i ludzie po
prostu zainteresowani kulisami realizacji filmow w ogole i rozwojem tak
niekonwencjonalnego rezysera, jak Cronenberg, powinni sie z tym
zapoznac.

R.

Rufus T. Firefly
27 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Moim zdaniem geba JT nie jest dobrym materialem na twardziela: puste
oczy i nerwowa mimika. W rolach schizow byl niezrownany, ale nie bardzo
go widze w roli goscia, ktory wyprostowuje sie i bez drgniecia powieki mowi
cos w stylu: 'To miasto jest za male dla nas dwoch!' :)


Rozumiem, ze Breakdown i Red Rock West uznajesz za fuks.

Powiem ci, ze jego role w Ojcu Chrzestnym odbieram niestety jako
niepotrzebne nadszarpniecie mitu twardziela. Wielu widzow pamieta
go zwlaszcza z tej roli i dopiero po projekcji Asfaltowej Dzungli i Killing
musza zmienic zdanie.


Hmm, dziwne twierdzenie. Chodzi co o to, ze aktor niepotrzebnie wzial
role inna niz ci sie kojarzy? Z reguly wiekszosc aktorow za to cenie, bo
dzis o cos takiego nielatwo. (A, nawiasem mowiac, podobno w nowym filmie
autora Boogie Nights, Paula Thomasa Andersona, pt. Magnolia cos takiego
robi ...Tom Cruise. Na razie trudno mi w to uwierzyc.)

| A propos determinacji u Kubricka - czyzby Nicholson z siekiera nie robil
| na tobie wrazenia czlowieka dosc mocno zdeterminowanego :)

Wiesz co King najabrdziej zarzucal Kubrickowi? Wlasnie to, ze obsadzil
Nicholsona, bo od razu po tym diable widac, ze nie wytrzyma dlugo
przy zdrowych nerwach. Oczywiscie, nie zgadzam sie w tym w pelni,
ale tez nie nazwalbym tez Jacka zdeterminowanym. Po prostu - nastepuje
proces jego rozkladu - zarowno fizycznego, jak i psychicznego.
Ot, taka dekompozycja.


Jedno chyba nie przeczy drugiemu? Wlasnie z tego wyrastala jego
determinacja. Zreszta to byl zart.

Poki co smuci mnie brak odzewu an Bunuela. Nie chcialem sie wyglupiac
i pisac jakiegos pseudo eseju, wiec wypocilem krotki zajawkowy post
liczac, ze ktos podejmie trop. Poki co skrzydla, ktore zamierzalem
rozwinac gdzies tak po trzecim czy czwartym poscie, musialem
schowac do garazu :(


Jak sie oswoje, mozemy przejsc do rzeczy.

R.

Amarot
27 Sie 1999, 03:00

| Moim zdaniem geba JT nie jest dobrym materialem na twardziela: puste
| oczy i nerwowa mimika. W rolach schizow byl niezrownany, ale nie bardzo
| go widze w roli goscia, ktory wyprostowuje sie i bez drgniecia powieki
| mowi cos w stylu: 'To miasto jest za male dla nas dwoch!' :)
Rozumiem, ze Breakdown i Red Rock West uznajesz za fuks.


Od kiedy JT w RRW byl twardzielem? To zaklamany, malomiasteczkowy
szczur.

| Powiem ci, ze jego role w Ojcu Chrzestnym odbieram niestety jako
| niepotrzebne nadszarpniecie mitu twardziela. Wielu widzow pamieta
| go zwlaszcza z tej roli i dopiero po projekcji Asfaltowej Dzungli i
| Killing musza zmienic zdanie.
Hmm, dziwne twierdzenie. Chodzi co o to, ze aktor niepotrzebnie wzial
role inna niz ci sie kojarzy? Z reguly wiekszosc aktorow za to cenie, bo
dzis o cos takiego nielatwo. (A, nawiasem mowiac, podobno w nowym filmie
autora Boogie Nights, Paula Thomasa Andersona, pt. Magnolia cos takiego
robi ...Tom Cruise. Na razie trudno mi w to uwierzyc.)


To nie jest zaden zarzut ani twierdzenie, tylko moje wrazenie. Hayden
w Ojcu Chrzestnym poza znokautowaniem Michaela Corleone i zalozeniem
sliniaka w scenie obiadu nie ma nic do zagrania. I tak samo, jak ktos
przestaje lubic aktora gdy zobaczy go w reklamie proszku do prania,
tak samo ja dlugo jeszcze widzialem Haydena przez pryzmat roli
u Coppoli.

A skoro piszesz o 'celebrities', ktorzy poszukuja nowych wcielen,
to opisywany przez ciebie przypadek Cruise'a nie bylby oczywiscie
niczym nowym. Costner, gdy jego kariera zaczela zdychac, zagral
w Perfect World. Tony Curtis, czyli playboy i zadowolony z zycia facet
postanowil kiedys wcielic sie w Dusiciela z Bostonu. I tak dalej.
Cruise we wszystkich chyba dotad rolach gral Nieskalanych.

| A propos determinacji u Kubricka - czyzby Nicholson z siekiera nie
| robil na tobie wrazenia czlowieka dosc mocno zdeterminowanego :)
| Wiesz co King najabrdziej zarzucal Kubrickowi? Wlasnie to, ze obsadzil
| Nicholsona, bo od razu po tym diable widac, ze nie wytrzyma dlugo
| przy zdrowych nerwach. Oczywiscie, nie zgadzam sie w tym w pelni,
| ale tez nie nazwalbym tez Jacka zdeterminowanym. Po prostu - nastepuje
| proces jego rozkladu - zarowno fizycznego, jak i psychicznego.
| Ot, taka dekompozycja.
Jedno chyba nie przeczy drugiemu? Wlasnie z tego wyrastala jego
determinacja. Zreszta to byl zart.


Zapytales, to odpowiedzialem :) Moim zdaniem determinacja i rozklad
psychiczno/fizyczny to zbiory przecinajace sie, ale tylko w bardzo malym
stopniu. Jack nie od razu chce zamordowac zone, ten pomysl rodzi
sie dopiero gdy nie widzi nic innego, co moglby zrobic. Przez wieksza
czesc filmu snuje sie, probuje pisac, bada historie hotelu oraz
marzy o kieliszku wodki. Zdeterminowanie rozumiem mimo
wszystko jako dazenie do ustalonego celu.

amarot

Amarot
27 Sie 1999, 03:00

Jak wiesz, Cronenberg byl zawsze jednym z moich ulubionych rezyserow,
ale po lekturze tej ksiazki nabralem do faceta wielkiego szacunku jako
do czlowieka i artysty. Ksiazka powala. Wyrasta z niej obraz Cronenberga
jako bardzo dobrze wyedukowanego, oczytanego intelektualisty, ktory
jednak nie musi sie podpierac malo zrozumialymi filozofiami i dziwnymi
teoriami, ale potrafi klarownie wyjasniac swoje zamiary i inspiracje. Do
tego z jego wypowiedzi przebija niesamowita szczerosc i, powiedzialbym,
'uczciwosc artystyczna'. Okazuje sie, ze gosc odrzucal propozycje, ktore
pewnie dalyby mu mnostwo pieniedzy i moze nawet mozliwosc
samo-finansowania roznych projektow, a odrzucal je dlatego, ze nie
potrafilby wlozyc serca w ich realizacje. Reaguje na cos takiego z duzym
szacunkiem dla rezysera.


The Brood, ktory zapewne na dniach obejrzales (jak wrazenia?), jest przez
Cronenberga traktowany jako przejscie z filmow autorsko-eksperymentalnych
w swiat duzego kina. Wczesniej byly oczywiscie Shivers, ale dopiero po
sukcesach ich i Rabida, poznal odpowiednich ludzi i z wiekszym budzetem
zrobil cos z gwiazdami. Oczywiscie, Barbara Steele, a zwlaszcza Marilyn
Chambers ('Kazdy na uniwersytecie chcial sie z nia przespac!') to tez
swoiste gwiazdy, ale powiedzmy, ze nie takie, jak Reed i Eggar. BTW,
ksiazka nie opisuje jakim cudem udalo mu sie sciagnac BS do Shivers,
ale jest tam wspomniane, ze spotkal Jonathana Demme, ktory wynajmowal
dom Steele, wiec byc moze w ten sposob Cronenberg zalapal kontakt.
Ciekawa koincydencja: debiutem Demme byl film Caged Heat, w ktorym
tez zagrala Steele.

Pozniej oczywiscie byl wielki sukces Muchy. Po nim Cronenberg mimo
wszystko chcial wkroczyc w swiat mainstreamu, o czym swiadcza prawie
roczne negocjacje w sprawie Total Recall. Choc to grybanie, mozna
przypuszczac, ze po zrobieniu takiego filmu mainstram by go juz
raczej nie wypuscil ze swych szponow. Tymczasem gosc zostal
na lodzie i jak sam pisze, panicznie szukajac roboty, zajal sie
Dead Ringers, wracajac do czegos co mozna okreslic filmem
Cronenbergowskim.

Musze powiedziec, ze duze wrazenie zrobila na mnie 'swada' z jaka gosc
potrafi opowiadac. Jako ze jestem fanem Cronenberga, w swojej kopii
ksiazki postanowilem zaznaczac olowkiem fragmenty, do ktorych chcialem
pozniej wrocic i po kilkudziesieciu stronach stwierdzilem, ze
praktycznie na kazdej stronie mam pozaznaczane jakies akapity.
Praktycznie kazdej produkcji towarzyszy mnostwo ciekawostek, m.in. z
odpowiednia otoczka dotyczaca owczesnego zycia w Kanadzie, albo
owczesnego stanu kanadyjskiej kinematografii. Raz Cronenberg pisze o
tym, jak w poszukiwaniu kogos chetnego do sfinansowania swojego
pelnometrazowego debiutu trafil do firmy produkujacej filmy
pornograficzne i nie dostal projektu, bo na zdjeciach probnych chcial
nakrecic scene kopulacji na hustawce, ustawiajac kamere ...pod hustawka
("I thought it was a great angle for the camera"). Innym razem pisze o
tym, jak w drugiej polowie lat 70 w Kanadzie wprowadzono ulge podatkowa
dla firm inwestujacych w produkcje filmowa i stalo sie to przez kilka
lat furtka dla ogromnych naduzyc (pelna kwote podatku mozna bylo odpisac
juz po podpisaniu umowy realizacyjnej), ale jednoczesnie dalo wielkiego
kopa kinematografii i pozwolilo Cronenbergowi sfinansowac pare filmow.
Oczywiscie historie tego typu, podane z duza iloscia ciekawostek
dotyczacych np. aktorow, to tylko dodatek. W centrum sa tutaj
przemyslenia Cronenberga o swoim materiale i tlo realizacji
poszczegolnych filmow.


Warto powiedziec, ze Cronenberg, jak sam powtarza kilkakrotnie
w ksiazce, niemal od dziecka pisal. I to widac, bo calosc jest napisana
z takim tempem, jak powiesc sensacyjna. Wszystko opisywane
chronologicznie, z opisem tla przygotowan do kolejnych filmow
i motywacji jakie im towarzyszyly. Oprocz tego stwarza 'niepokoj
przyszlosci'. Gosc opisuje swoja sytuacje finansowa, ktora rowniez
nie byla bez znaczenia przy podejmowaniu sie niektorych przedsiewziec,
jak chocby Dead Zone (po finansowej klesce Videodrome). Bardzo mi sie
to podoaba, ze wszelkie rozwazania o sztuce wplotl w historie swojego
zycia. Nie ma tam grama taniego filozofowania ani medrkowania.

amarot

Rufus T. Firefly
27 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Pozniej oczywiscie byl wielki sukces Muchy. Po nim Cronenberg mimo
wszystko chcial wkroczyc w swiat mainstreamu, o czym swiadcza prawie
roczne negocjacje w sprawie Total Recall. Choc to grybanie, mozna
przypuszczac, ze po zrobieniu takiego filmu mainstram by go juz
raczej nie wypuscil ze swych szponow.


Eee, jak pewnie pamietasz, chcial z Total Recall zrobic cos niezbyt
duzego, co odpowiadaloby jego wczesniejszym zainteresowaniom. Dopiero po
rezygnacji z filmu zdziwil sie, ze rozrosl sie on do budzetu
kilkudziesieciu milionow dolarow i stal sie hitem ze Schwarzeneggerem.
Jestem troche zdziwiony twoim twierdzeniem, ze pewnie mainstream by go
nie wypuscil, bo przy lekturze mialem ciagle wraazenie, ze Cronenberg
jest zbyt szczery i uczciwy, zeby robic cos dla pieniedzy i wbrew sobie.
Do dzis nie zostal mega-kasowym rezyserem, ale za to siedzi na jednej
lawce z prawdziwymi 'autorami' kina i ma po swojej stronie sympatie
krytykow i aktorow. Zreszta masz racje, moze to gdybanie...

Tymczasem gosc zostal
na lodzie i jak sam pisze, panicznie szukajac roboty, zajal sie
Dead Ringers, wracajac do czegos co mozna okreslic filmem
Cronenbergowskim.


Trudno chyba tu powiedziec 'wracajac'. Jak dla mnie nigdy od tego nie
odszedl, a te krotkie informacje o planowanym przez niego Totall Recall
tez raczej nie wydawaly sie przeczyc jego wczesniejszej drodze.

Warto powiedziec, ze Cronenberg, jak sam powtarza kilkakrotnie
w ksiazce, niemal od dziecka pisal. I to widac, bo calosc jest napisana
z takim tempem, jak powiesc sensacyjna. Wszystko opisywane
chronologicznie, z opisem tla przygotowan do kolejnych filmow
i motywacji jakie im towarzyszyly. Oprocz tego stwarza 'niepokoj
przyszlosci'. Gosc opisuje swoja sytuacje finansowa, ktora rowniez
nie byla bez znaczenia przy podejmowaniu sie niektorych przedsiewziec,
jak chocby Dead Zone (po finansowej klesce Videodrome). Bardzo mi sie
to podoaba, ze wszelkie rozwazania o sztuce wplotl w historie swojego
zycia.


Nie wiem, czy zrozumiales to, co wczesniej napisalem - Cronenberg NIE
NAPISAL tej ksiazki. To wyciag z jego wywiadow. Fakt, facet ma wielka
jasnosc wypowiedzi, ale akurat dramaturgia calosci to chyba w wiekszym
stopniu dzielo edytora, ktory zebral odpowiednie fragmenty z wywiadow
przeprowadzonych na przestrzeni kilkunastu lat.

R.

Rufus T. Firefly
28 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Od kiedy JT w RRW byl twardzielem? To zaklamany, malomiasteczkowy
szczur.


OK, inaczej odbieramy te postac. Dla mnie jedno nie przeczy drugiemu -
przy swoim zaklamaniu JT potrafi w tym filmie tak spojrzec, ze nie mam
watpliwosci co do jego twardych zamiarow. Taka determinacja i
swiadomosc, ze gosc sie nie cofnie i nie peknie to dla mnie jedna z
podstawowych cech twardziela.

To nie jest zaden zarzut ani twierdzenie, tylko moje wrazenie. Hayden
w Ojcu Chrzestnym poza znokautowaniem Michaela Corleone i zalozeniem
sliniaka w scenie obiadu nie ma nic do zagrania. I tak samo, jak ktos
przestaje lubic aktora gdy zobaczy go w reklamie proszku do prania,
tak samo ja dlugo jeszcze widzialem Haydena przez pryzmat roli
u Coppoli.


Czyli zarzut raczej do Coppoli, ze tak slabo wykorzystal takiego znawce.
Dla mnie rola w Ojcu chrzestnym zawsze byla podsumowaniem kariery
Haydena - po prostu czas takich gosci jak jego postacie z filmu Hustona
czy Kubricka minal. Wprawdzie pozniej Hayden jeszcze sie pojawia np. u
Altmana i Bertolucciego, ale to juz zupelnie inne role (pijaczek i
arystokrata). Jego pojawienie sie u Copppoli to dla mnie cos takiego jak
rola mojego innego idola, Bustera Keatona, w Sunset Boulevard, gdzie
gosc mowi (sic!) tylko jedno slowo (przy grze w karty): Pas. Po prostu
czas minal. Przyszla pora innych ludzi i innych rol.

A skoro piszesz o 'celebrities', ktorzy poszukuja nowych wcielen,
to opisywany przez ciebie przypadek Cruise'a nie bylby oczywiscie
niczym nowym. Costner, gdy jego kariera zaczela zdychac, zagral
w Perfect World. Tony Curtis, czyli playboy i zadowolony z zycia facet
postanowil kiedys wcielic sie w Dusiciela z Bostonu. I tak dalej.
Cruise we wszystkich chyba dotad rolach gral Nieskalanych.


Jasne ze to nic nowego, nagrody Nobla nikt Cruise'owi za to nie da. Tyle
ze jest roznica jesli cos takiego robi podupadly Costner, ktory probuje
desperacko szukac nowej widowni, a co innego kiedy cos takiego robi
aktor z samego topu. (Tony Curtisa pomijam milczeniem.) Mialem nadzieje,
ze czyms takim bedzie np. dla Mela Gibsona Payback, ale wszystkie
wczesniejsze informacje o jego grze wbrew image'owi okazaly sie
przesadzone. To juz wieksze ryzyko podjal Cruise w Wywiadzie z wampirem,
choc i tam wysunal sie raptem o czubek nosa poza swoj wizerunek ladnego
chloptasia. Chetnie zobaczylbym np. Harrisona Forda w roli sciganego
gwalciciela, albo Gibsona jako ojca molestujacego swoje dzieci. Ciekaw
jestem, czy potrafia zagrac wbrew swojej standardowej charyzmie
szlachetnych gosci i wbrew juz istniejacemu zaufaniu widza. Wzorem
goscia, ktory mial odwage brac takie role jest dla mnie Mitchum. Facet
potrafil byc szlachetny i dobry, roztaczajacy atmosfere zaufania, a
potrafil tez pojawic sie w Night of the Hunter czy w oryginalnym Cape
Fear jako prawdziwe uosobienie zla.

Informacje jakie czytalem o Magnolii Andersona sa bardzo zachecajace,
ale oczywiscie teoretyzujemy, bo filmu jeszcze nie ma. Opieram sie na
tekstach insiderow z Hollywood, ktorzy widzeli jedna z roboczych kopii
filmu. Na dzis film trwa 3 godziny i 20 minut, z czego Cruise pojawia
sie przez jakies 45 minut. Zanim film trafi na ekrany, prawie na pewno
zniknie z niego duzo materialu. Pomijam to, ze niezaleznie od roli
Cruise'a, nowy film Andersona i tak bedzie dla mnie duzym wydarzeniem.

Zapytales, to odpowiedzialem :) Moim zdaniem determinacja i rozklad
psychiczno/fizyczny to zbiory przecinajace sie, ale tylko w bardzo malym
stopniu. Jack nie od razu chce zamordowac zone, ten pomysl rodzi
sie dopiero gdy nie widzi nic innego, co moglby zrobic. Przez wieksza
czesc filmu snuje sie, probuje pisac, bada historie hotelu oraz
marzy o kieliszku wodki. Zdeterminowanie rozumiem mimo
wszystko jako dazenie do ustalonego celu.


W takim razie zgodze sie. Jesli patrzec na to jako ceche postaci od
samego poczatku opowiesci, to inna sprawa.

R.

Amarot
28 Sie 1999, 03:00

| To nie jest zaden zarzut ani twierdzenie, tylko moje wrazenie. Hayden
| w Ojcu Chrzestnym poza znokautowaniem Michaela Corleone i zalozeniem
| sliniaka w scenie obiadu nie ma nic do zagrania. I tak samo, jak ktos
| przestaje lubic aktora gdy zobaczy go w reklamie proszku do prania,
| tak samo ja dlugo jeszcze widzialem Haydena przez pryzmat roli
| u Coppoli.
Czyli zarzut raczej do Coppoli, ze tak slabo wykorzystal takiego znawce.
Dla mnie rola w Ojcu chrzestnym zawsze byla podsumowaniem kariery
Haydena - po prostu czas takich gosci jak jego postacie z filmu Hustona
czy Kubricka minal. Wprawdzie pozniej Hayden jeszcze sie pojawia np. u
Altmana i Bertolucciego, ale to juz zupelnie inne role (pijaczek i
arystokrata). Jego pojawienie sie u Copppoli to dla mnie cos takiego jak
rola mojego innego idola, Bustera Keatona, w Sunset Boulevard, gdzie
gosc mowi (sic!) tylko jedno slowo (przy grze w karty): Pas. Po prostu
czas minal. Przyszla pora innych ludzi i innych rol.


Pamietam to wejscie Keatona! Zreszta w SB jest wiecej smaczkow:
chocby sam wystepe Von Stroheima i Swanson. Oboje to upadle anioly
epoki kina niemego. Pamietam, ze gdy ogladalem ten film jako nastolatek,
mialem takie samo uczucie, jak podczas projekcji jednego z moich ulubionych
filmow ever - Ku pamieci Ewy Ryker - pokazywania czegos najbardziej
wzruszajacego, czyli przemijania czasu. Niczym lepiej nie wywolasz
chusteczek u widzow, niz poprzez pokazanie starego bohatera, ktory
probuje odnalezc swoja mlodosc.

Jelsi chodzi o Haydena, to chyba sie zgodzimy. Obejrzalem filmy
w niewlasciwej kolejnosci i po prostu najpierw zobaczylem go jako
sflaczalego chama, a dopiero potem jako twardziela w Asfaltowej
Dzungli, i teraz w Killing, stad to wrazenie.

| A skoro piszesz o 'celebrities', ktorzy poszukuja nowych wcielen,
| to opisywany przez ciebie przypadek Cruise'a nie bylby oczywiscie
| niczym nowym. Costner, gdy jego kariera zaczela zdychac, zagral
| w Perfect World. Tony Curtis, czyli playboy i zadowolony z zycia facet
| postanowil kiedys wcielic sie w Dusiciela z Bostonu. I tak dalej.
| Cruise we wszystkich chyba dotad rolach gral Nieskalanych.
Jasne ze to nic nowego, nagrody Nobla nikt Cruise'owi za to nie da. Tyle
ze jest roznica jesli cos takiego robi podupadly Costner, ktory probuje
desperacko szukac nowej widowni, a co innego kiedy cos takiego robi
aktor z samego topu. (Tony Curtisa pomijam milczeniem.) Mialem nadzieje,
ze czyms takim bedzie np. dla Mela Gibsona Payback, ale wszystkie
wczesniejsze informacje o jego grze wbrew image'owi okazaly sie
przesadzone. To juz wieksze ryzyko podjal Cruise w Wywiadzie z wampirem,
choc i tam wysunal sie raptem o czubek nosa poza swoj wizerunek ladnego
chloptasia. Chetnie zobaczylbym np. Harrisona Forda w roli sciganego
gwalciciela, albo Gibsona jako ojca molestujacego swoje dzieci. Ciekaw
jestem, czy potrafia zagrac wbrew swojej standardowej charyzmie
szlachetnych gosci i wbrew juz istniejacemu zaufaniu widza. Wzorem
goscia, ktory mial odwage brac takie role jest dla mnie Mitchum. Facet
potrafil byc szlachetny i dobry, roztaczajacy atmosfere zaufania, a
potrafil tez pojawic sie w Night of the Hunter czy w oryginalnym Cape
Fear jako prawdziwe uosobienie zla.


Jakos Mitchum nigdy mnie nie przekonywal, ale chyba kiedys juz o tym
dyskutowalismy. Z reszta tego co napisales w sumie zgadzam sie.

Schodzac na temat rol 'zlych', nieuchronnie zblizamy sie do horroru.
Na mojej liscie osob, ktore chcialbym zobaczyc w filmach tego gatunku,
dajacych z siebie wszystko, krzyczacych i zmagajacych sie ze zlem
albo wrecz uosabiajacych demonizm, sa Daniel Day Lewis, Fishburne
(w klasycznym, gotyckim horrorze) oraz wysmienite kandydatki na
scream queens: Ann-Margret (moglaby zrobic podobny exit, jak Dickinson
w Dressed to Kill :)), Maruschka Detmers, Rosie Perez (po Perdicie Durango
stwierdzam, ze spokojnie widze ja w roli vampa). Zobacz: Hopkins nigdy
wczesniej nie paral sie rolami psycholi, a jak swietnie sie sprawdzil.

Moim zdaniem aktor zbyt czesto grywajacy demony po pewnym
czasie zatraca umiejetnosc przerazania publicznosci. Lee, gdy go
widze w osmej czy dziesiatej roli nie straszy mnie juz tak wowczas,
gdy po raz pierwszy zobaczylem jego spojrznie bodaj w Satanic Rites
of Dracula. Wejscie nowego charakteru do roli monstrum to zawsze
jakas nowinka dla widza.

amarot

Amarot
28 Sie 1999, 03:00

| Pozniej oczywiscie byl wielki sukces Muchy. Po nim Cronenberg mimo
| wszystko chcial wkroczyc w swiat mainstreamu, o czym swiadcza prawie
| roczne negocjacje w sprawie Total Recall. Choc to grybanie, mozna
| przypuszczac, ze po zrobieniu takiego filmu mainstram by go juz
| raczej nie wypuscil ze swych szponow.
Eee, jak pewnie pamietasz, chcial z Total Recall zrobic cos niezbyt
duzego, co odpowiadaloby jego wczesniejszym zainteresowaniom.
Dopiero po rezygnacji z filmu zdziwil sie, ze rozrosl sie on do budzetu
kilkudziesieciu milionow dolarow i stal sie hitem ze Schwarzeneggerem.


Hej, co jest? Czyzbys zjadl ktorys z tych wysmienitych kebabow
z restauracji przy dworcu (taki lokalik poziom wyzej od Empiku),
ze robisz eee? Ja po konsumpcji jednego z nich ledwo dojechalem
do domu, robiac 'eeeeee' i muszac brac sporo wegla.

Scenariusz TR byl znany, produkowac mialy szychy. Cronenberg moim
zdaniem wiedzial w co sie pakuje - i nie rozum tego jako jakiegos
nachalnego czepiana sie goscia z mojej strony. Po prostu Muche
uznaje mimo wszystko za film mainstreamowy, zrobiony wedlug
istniejacego juz pomyslu. W scenariuszu TR mimo paru
Cronenbergowskich sztuczek z transformacjami cielesnymi nie widze
rozwazan, jak w Videodrome czy Brood. To film akcji, dziejacy sie
w smakowitych plenerkach. Nie przypominam sobie przypadku
goscia, ktory zrobiwszy dwa kasowe filmy, nakrecilby potem
kameralny dramat. Tylko nie wymieniaj Spielberga.

Nie wiem, czy zrozumiales to, co wczesniej napisalem - Cronenberg NIE
NAPISAL tej ksiazki. To wyciag z jego wywiadow. Fakt, facet ma wielka
jasnosc wypowiedzi, ale akurat dramaturgia calosci to chyba w wiekszym
stopniu dzielo edytora, ktory zebral odpowiednie fragmenty z wywiadow
przeprowadzonych na przestrzeni kilkunastu lat.


Nigdy nie czytuje wstepow w ksiazkach, wiec to info umknelo mi podczas
lektury CoC, a w twoim poprzednim poscie musialem to przeoczyc.
Tak czy owak - podstawowy tekst pochodzi od Cronenberga, a zasluga
redaktora bylo poukladnie tego w calosc. OK, maly punkt dla ciebie.

amarot

Rufus T. Firefly
29 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Zobacz: Hopkins nigdy
wczesniej nie paral sie rolami psycholi, a jak swietnie sie sprawdzil.

Moim zdaniem aktor zbyt czesto grywajacy demony po pewnym
czasie zatraca umiejetnosc przerazania publicznosci. Lee, gdy go
widze w osmej czy dziesiatej roli nie straszy mnie juz tak wowczas,
gdy po raz pierwszy zobaczylem jego spojrznie bodaj w Satanic Rites
of Dracula. Wejscie nowego charakteru do roli monstrum to zawsze
jakas nowinka dla widza.


Jasne, chyba obaj nalezymy do widzow, ktorzy w filmie (horrorze czy nie)
lubia byc zaskakiwani. Jesli wiem, ze w tytule jest cos o Drakuli, a w
czolowce pojawia sie nazwisko Christophera Lee, wiem czego sie
spodziewac. Z tego powodu cenie sobie rezyserow, ktorzy zdaja sobie
sprawe z inteligencji widza i np. nie umieszczaja w poczatkowych
napisach nazwiska postaci, na ktora bedzie sie mimochodem czekac. W
Se7en nigdzie w czolowce nie widac nazwiska Kevina Spacey, bo gdyby
bylo, po ekspozycji czekalbym juz na tego ostatniego znanego aktora,
ktory mial sie pojawic, i to ze swiadomoscia, ze to pewnie on bedzie
zabojca - automatycznie John Doe mialby juz znana twarz. Dopiero po
zakonczeniu filmu, przed reszta napisow, na czarnym ekranie pojawia sie
krotka samotna informacja: Kevin Spacey as John Doe. To samo zrobil
Lynch w Twin Peaks - dopoki nie okazalo sie kim jest tajemniczy
Japonczyk Tojamura, dopoty w koncowych napisach nie bylo nazwiska osoby,
ktora go grala. Nazwisko pojawilo sie dopiero w odcinku, w ktorym
wszystko sie wyjasnia. Z kolei nagana dla Spielberga za umieszczenie w
SPR nazwiska Matta Damona. Przykladow takiego zaufania do inteligencji
widza (albo jego braku) jest pewnie duzo wiecej.

R.

Rufus T. Firefly
29 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Hej, co jest? Czyzbys zjadl ktorys z tych wysmienitych kebabow
z restauracji przy dworcu (taki lokalik poziom wyzej od Empiku),
ze robisz eee? Ja po konsumpcji jednego z nich ledwo dojechalem
do domu, robiac 'eeeeee' i muszac brac sporo wegla.


:) Nie, pisalem przed snem.

Scenariusz TR byl znany, produkowac mialy szychy. Cronenberg moim
zdaniem wiedzial w co sie pakuje - i nie rozum tego jako jakiegos
nachalnego czepiana sie goscia z mojej strony.


Ale niezaleznie od produkcji de Laurentisa film mial byc niskobudzetowy,
czyli raczej dosc kameralny. Zreszta nie spodziewam sie, zeby ktos przy
zdrowych zmyslach zaproponowal Cronenbergowi krecenie zwyklego filmu
akcji (Aliena 4, ktorego mu proponowano nie uwazam za zwykly film akcji;
w kazdym razie nie tego filmu, ktory mozna bylo z niego zrobic).

Po prostu Muche
uznaje mimo wszystko za film mainstreamowy, zrobiony wedlug
istniejacego juz pomyslu. W scenariuszu TR mimo paru
Cronenbergowskich sztuczek z transformacjami cielesnymi nie widze
rozwazan, jak w Videodrome czy Brood.


Bo nie znamy scenariusza Cronenberga. O ile wiem, gosc go nigdy nie
opublikowal i wykorzystano wersje tekstu autorstwa Shusetta, O'Bannona i
Povilla.

To film akcji, dziejacy sie
w smakowitych plenerkach. Nie przypominam sobie przypadku
goscia, ktory zrobiwszy dwa kasowe filmy, nakrecilby potem
kameralny dramat. Tylko nie wymieniaj Spielberga.


Mysle, ze przesadzasz. Mucha to obok calej swojej przystepnosci
komercyjnej, jednak typowy film Cronenberga, bez jakichs widocznych
kompromisow z jego strony. Po prostu tak sie szczesliwie zlozylo, ze
film zarobil relatywnie duzo pieniedzy. O TR nie ma co dyskutowac, bo
nie wiemy co chcial z niego zrobic Cronenberg. Ale fakt, nad przykladami
gosci, ktorzy robia kameralne dramaty po kilku kasowych filmach
musialbym sie dluzej zastanowic... OK, mam: Clint Eastwood, Martin
Scorsese, Neil Jordan i ...Quentin Tarantino. Spodziewam sie teraz serii
inwektyw w zwiazku z co najmniej trzema z tych nazwisk :)

R.

Amarot
29 Sie 1999, 03:00

| To film akcji, dziejacy sie
| w smakowitych plenerkach. Nie przypominam sobie przypadku
| goscia, ktory zrobiwszy dwa kasowe filmy, nakrecilby potem
| kameralny dramat. Tylko nie wymieniaj Spielberga.
Mysle, ze przesadzasz. Mucha to obok calej swojej przystepnosci
komercyjnej, jednak typowy film Cronenberga, bez jakichs widocznych
kompromisow z jego strony. Po prostu tak sie szczesliwie zlozylo, ze
film zarobil relatywnie duzo pieniedzy. O TR nie ma co dyskutowac, bo
nie wiemy co chcial z niego zrobic Cronenberg. Ale fakt, nad przykladami
gosci, ktorzy robia kameralne dramaty po kilku kasowych filmach
musialbym sie dluzej zastanowic... OK, mam: Clint Eastwood, Martin
Scorsese, Neil Jordan i ...Quentin Tarantino. Spodziewam sie teraz serii
inwektyw w zwiazku z co najmniej trzema z tych nazwisk :)


Dobra, temat Dead Ringers i Total Recall zamykamy (BTW, w koncu
De Laurentis nie produkowal TR). Nasze dane sa tu zbyt skape,
a Cronenberg on Cronenberg nie wyjasnia do konca powodow
rezygnacji DC z robienia TR.

Najpierw o Musze. Zobacz: w Videodrome, Brood, nawet w Scanners masz
opowiesc osadzona w szerszym kontekscie spoleczno-psychologicznym.
Wiem, jak glupio to brzmi brzmi, ale zaczekaj chwile: w kazdym z tych
filmow to co robi bohater stanowi punkt wyjscia do wypowiedzi o mediach,
psychoanalizie czy nowoczesnej cywilizacji, zas Mucha dzieje sie w
czterech scianach laborki, poza Geena Davis raczej nikt tam nie wpada.
Mamy pokazany stopniowy rozklad goscia: patrzy w lustro - odpada mu
ucho, ujezdza Davis - na plecach rosnie mu szczecina. Przez ponad
godzine patrzysz, jak facet umiera. Nie widze tu niczego, co by stanowilo
komentarz do jakiejs dziedziny. Jesli przyjac, ze film 'ostrzega przed
inzynieria genetyczna', to takie przeslanie jest nad wyraz banalne.

Moja mala teoria. Oczywiscie nie do udowodnienia, ale tez czegos
przeciwnego nie bylbys w stanie pokazac. Mianowicie, uwazam,
ze rezyserzy albo sa skazani na sukces, albo na wieczne bycie Falkami,
Kidawami i reszta tej menazerii, co to narzeka, ze widz jest za glupi
na ich filmy, ze nie ma warunkow do produkcji itd. I jestem przekonany,
ze kazdy z tych pierwszych gosci raz zasmakowawszy sukcesu, nie
jest w stanie przyjac do wiadomosci, ze nastepny film moze obejrzec
mniej widzow. Oczywiscie, przygotowuje nowy pomysl jak najbardziej
szczerze potrafi, ale probuje go robic tak, by byl strawny dla ludzi.
Nie zrobi nagle jakiegos 'campu' ani nie nakreci pornola. Moim zdaniem
jest naturalna ludzka cecha, ze zdobywszy poklask chcemy, by trwal
on dalej. Czy pracujac sobie spokojnie jako producent na Honolulu,
przyjalbys interesujaca posade producenta w Rumunii za 1/10 kasy?

Twoje cztery przyklady przyjmuje z najwyzszym zdziwieniem. Rozumiem,
ze piszac o Tarantino masz na mysli Jackie Brown jako przyklad kameralnego
dramatu, ale jesli chodzi o reszte, to nie mam bladego pojecia o jakie
filmy mogloby chodzic? Musisz sie chyba z tego wytlumaczyc, zanim
przejde do kontraktaku :)

amarot

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Najpierw o Musze. Zobacz: w Videodrome, Brood, nawet w Scanners masz
opowiesc osadzona w szerszym kontekscie spoleczno-psychologicznym.
Wiem, jak glupio to brzmi brzmi, ale zaczekaj chwile: w kazdym z tych
filmow to co robi bohater stanowi punkt wyjscia do wypowiedzi o mediach,
psychoanalizie czy nowoczesnej cywilizacji, zas Mucha dzieje sie w
czterech scianach laborki, poza Geena Davis raczej nikt tam nie wpada.
Mamy pokazany stopniowy rozklad goscia: patrzy w lustro - odpada mu
ucho, ujezdza Davis - na plecach rosnie mu szczecina. Przez ponad
godzine patrzysz, jak facet umiera. Nie widze tu niczego, co by stanowilo
komentarz do jakiejs dziedziny. Jesli przyjac, ze film 'ostrzega przed
inzynieria genetyczna', to takie przeslanie jest nad wyraz banalne.


Zawsze szukasz przeslania? Komentarz Muchy na temat eksperymentowania z
technologia i technika w polaczeniu z ludzkim cialem byl przy
oryginalnej Musze dosc na czasie, ale przy wersji Cronenberga przestal
byc wazny. Moim zdaniem chodzilo wlasnie o to, zeby zupelnie odrzucic
probe komentowania takich rzeczy, bo to banalne, dokladnie tak jak
mowisz. Zamiast tego Cronenberg serwuje ci historie czlowieka, ktory
oglada swoja fizyczna destrukcje - cos czego nie rozumie, ale za co nie
moze nikogo winic. Dla mnie to czysto cronenbergowski temat - rozklad
ciala, dekonstrukcja przy swiadomosci, ze jest sie w tym odosobnionym i
w zasadzie samemu sobie winnym. Tyle, ze zamiast robic to jako typowy
horror - tzn. pokazujac Brundle/fly jako monstrum, ogladasz film,
sympatyzujac z facetem i podobnie jak on, odczuwajac zgroze w calej tej
sytuacji. Tutaj moim zdaniem wychodzi mistrzostwo Cronenberga - facet
nie serwuje ci filmu o nieudanym eksperymencie, w wyniku ktorego rodzi
sie potwor, bo cos takiego robia wszyscy inni. W Musze ogladasz tragedie
czlowieka, z ktorym dzieje sie cos, czego nie rozumie, a cala tragedia
zmierza do maksymalnie anty-horrorowego finalu, w ktorym jest ci zal
potwora, ktory sam domaga sie egzekucji. Pisze 'anty-horroweego' w
sensie tradycyjnego pojmowania horroru jako historii, w ktorej boisz sie
monstrum i czekasz na jego zniszczenie w finale.

I jeszcze jedno - w moim odczuciu od Muchy zaczyna sie wlasnie nowy etap
w tworczosci Cronenberga, w ktorym zniknely odniesienia spoleczne i
polityczne, a w ktorym caly nacisk lezy na dramacie jednostki. W tym
sensie to jakies wejscie w nowy etap tworczosci. W Musze, Dead Ringers,
Naked Lunch, M.Butterfly i Crash ogladasz juz przede wszystkim dramaty
jednostek ludzkich, a cala reszta schodzi na drugi albo i trzeci plan.
Jednoczesnie znika to, co nazywasz przeslaniem, albo komentarzem do
jakiejs socjo-politycznej wspolczesnosci.

Moja mala teoria. Oczywiscie nie do udowodnienia, ale tez czegos
przeciwnego nie bylbys w stanie pokazac. Mianowicie, uwazam,
ze rezyserzy albo sa skazani na sukces, albo na wieczne bycie Falkami,
Kidawami i reszta tej menazerii, co to narzeka, ze widz jest za glupi
na ich filmy, ze nie ma warunkow do produkcji itd. I jestem przekonany,
ze kazdy z tych pierwszych gosci raz zasmakowawszy sukcesu, nie
jest w stanie przyjac do wiadomosci, ze nastepny film moze obejrzec
mniej widzow. Oczywiscie, przygotowuje nowy pomysl jak najbardziej
szczerze potrafi, ale probuje go robic tak, by byl strawny dla ludzi.
Nie zrobi nagle jakiegos 'campu' ani nie nakreci pornola. Moim zdaniem
jest naturalna ludzka cecha, ze zdobywszy poklask chcemy, by trwal
on dalej. Czy pracujac sobie spokojnie jako producent na Honolulu,
przyjalbys interesujaca posade producenta w Rumunii za 1/10 kasy?


Szczerze mowiac nie przemawia do mnie koncepcja 'skazania na sukces'.
Pachnie mi to uzaleznieniem oceny filmu od jego wynikow kasowych. W
ogole podzial tego typu wydaje mi sie zupelnie sztuczny, bo mozliwosci
jest tutaj mnostwo.

Gdybym juz mial dzielic rezyserow tylko na dwie grupy, wybralbym podzial
na 'autorow' i 'zabawiaczy'. Ci drudzy robia wszystko dla publicznosci i
oczywiscie chodzi im o maksymalizacje zyskow. Pisze o tym bez nuty
pejoratywnej - to nic zlego, po prostu okreslone podejscie do
tworczosci. Sa tutaj tacy fachowcy z wyrobionym stylem jak np.
McTiernan, Tony Scott, czy cala stajnia Bruckeimera, a jest tez
oczywiscie mnostwo wyrobnikow, ktorych nazwiska nie maja znaczenia, a
filmy nie maja 'podpisu'.

W pierwszej grupie sa rezyserzy z konkretna wizja i zakresem
zainteresowan, 'autorzy', ktorzy kreca glownie filmy, jakimi sa sami
zainteresowani (czesto piszac wlasne scenariusze). Publicznosc ma tu
male znaczenie, choc oczywiscie dobrze, jesli dopisuje. Lista nie ma
konca, wiec nawet nie ma co ich wymieniac. I wiesz co, wiekszosc z nich
narzeka, ze "widz jest za glupi na ich filmy i ze nie ma warunkow do
produkcji". Woody Allen powiedzial wrecz, ze jesli jego filmy oglada
malo ludzi, to jest to dla niego znakiem, ze cos robi dobrze.

R.

(Reszta postu w drugiej czesci, bo juz jest za dlugo.)

Rufus T. Firefly
30 Sie 1999, 03:00

Amarot wrote:
Twoje cztery przyklady przyjmuje z najwyzszym zdziwieniem. Rozumiem,
ze piszac o Tarantino masz na mysli Jackie Brown jako przyklad kameralnego
dramatu, ale jesli chodzi o reszte, to nie mam bladego pojecia o jakie
filmy mogloby chodzic? Musisz sie chyba z tego wytlumaczyc, zanim
przejde do kontraktaku :)


Zabawne, myslalem, ze przeyczepisz sie przede wszystkim do Tarantino.
Zaczne wiec od niego.  :) Tarantino zrobil dwa filmy, ktore mialy
najwiekszy wplyw na amerykanskie kino przez cala dekade, drugi z nich
zarobil niewiarygodne mnostwo pieniedzy, pierwszy relatywnie duzo, jak
na swoje koszty. Nastepnie gosc sprzedal mase scenariuszy i prawie
zdominowal amerykanska produkcje na kilka lat. Pozniej zaczal krecic
kolejny film i wiekszosc jego widowni spodziewala sie, ze przebije
wszystkich nasladowcow - zaserwuje cos z masa off-beatowych tekstow i
scen i dostarczy kolejna serie kultowych odzywek. Tymczasem facet zrobil
hold dla tego co lubi - blaxploitation z niespieszna naracja i
koncentracja na twarzach, a nie na rekach z pistoletami. 3/4 widowni
zadzwione i zdegustowane, 1/4 zadowolona, ze ich ulubieniec dojrzal.

Eastwood to jeden z najbardziej kasowych ludzi w historii kina. Utrzymal
sie na topie dluzej niz ktokolwiek inny. Stworzyl postacie, ktore do
dzis staly sie czescia kultury, znana wiekszosci widzow na swiecie. Po
najrozniejszych kasowych hitach akcji gosc robi Birda, White Hunter
Black Heart, czy Bridges of Madison County.

Scorsese po tym jak zostal najbardziej powazanym rezyserem w kraju
odrzuca inne propozycje, bierze 4 miliony i kreci niskobudzetowy After
Hours bez gwiazd, bo jak sam mowil, chcial odpoczac. 10 lat pozniej po
serii duzych filmow z gwiazdami, kreci cos na ksztalt finansowego
samobojstwa, bez znanych aktorow i na dalekim wschodzie - Kundun. O ile
wiem, ze trudno ten film uznac za kameralny dramat, o tyle jest to dla
mnie przyklad pojscia pod prad oczekiwan innych.

Neil Jordan - Po Crying Game (mnostwo kasy zysku) dostaje propozycje
zrobienia Wywiadu z wampirem. Robi film, film zarabia duzo pieniedzy i
Jordan moze dalej krecic co chce. Tymczasem robi Michaela Collinsa,
pozniej Chlopca rzeznika, a ostatnio In Dreams.

W tym wszystkim probuje ci tylko zasugerowac truizm, ze jest masa
rezyserow, ktorych w kinie nie interesuje kasa, ale ich wlasna wizja.
Liczba widzow ma dla nich mniejsze znaczenie. Zarobienie przez ich film
duzych pieniedzy powoduje tylko, ze latwiej im znalezc kase na nastepna
produkcje, ale raczej sie nie wyprzedaja komercji. Wydawalo mi sie to
zupelnie oczywiste, dopoki nie wyjechales z tekstem, ze (parafrazuje :)
po dwoch kasowych filmach kazdy ma w oczach znak dolara. Cronenberg jest
dla mnie wlasnie takim czlowiekiem i jestem troche zdziwiony, ze po
przeczytaniu "C on C" zasugerowales, ze gdyby duzo zarobil, gosc mogl
porzucic swoje koncepcje i dalej krecic juz glownie filmy rozrywkowe. Ja
z lektury odnioslem wrazenie niesamowitej uczciwosci Cronenberga i jego
oddaniu wlasnej koncepcji. Czy sadzisz, ze gdyby Diuna zarobila 100
milionow dolarow Lynch bylby dzis w ekipie Bruckeimera? Facet odrzucil
100-procentowa szanse zarobienia pieniedzy - rezyserowanie Powrotu Jedi
- bo w Diunie znalazl rzeczy, ktore byly zgodne z jego
zainteresowaniami.

R.

Amarot
30 Sie 1999, 03:00
Koncowke wypowiedzi o Cronenbergu/Lynchu przenioslem do drugiego
postu. Wycialem tez Scorsesego i Jordana - najpierw zajmiemy sie
Tarantino i Eastwoodem, a jak dalej bedzie ci malo, wrocimy
do pozostalych dwoch panow :)

| Twoje cztery przyklady przyjmuje z najwyzszym zdziwieniem. Rozumiem,
| ze piszac o Tarantino masz na mysli Jackie Brown jako przyklad
| kameralnego dramatu, ale jesli chodzi o reszte, to nie mam bladego
| pojecia o jakie filmy mogloby chodzic? Musisz sie chyba z tego
| wytlumaczyc, zanim przejde do kontraktaku :)
Zabawne, myslalem, ze przeyczepisz sie przede wszystkim do Tarantino.
Zaczne wiec od niego.  :) Tarantino zrobil dwa filmy, ktore mialy
najwiekszy wplyw na amerykanskie kino przez cala dekade, drugi z nich
zarobil niewiarygodne mnostwo pieniedzy, pierwszy relatywnie duzo, jak
na swoje koszty. Nastepnie gosc sprzedal mase scenariuszy i prawie
zdominowal amerykanska produkcje na kilka lat. Pozniej zaczal krecic
kolejny film i wiekszosc jego widowni spodziewala sie, ze przebije
wszystkich nasladowcow - zaserwuje cos z masa off-beatowych tekstow i
scen i dostarczy kolejna serie kultowych odzywek. Tymczasem facet zrobil
hold dla tego co lubi - blaxploitation z niespieszna naracja i
koncentracja na twarzach, a nie na rekach z pistoletami. 3/4 widowni
zadzwione i zdegustowane, 1/4 zadowolona, ze ich ulubieniec dojrzal.


Jesli Jackie Brown jest wedlug ciebie kameralnym dramatem, to stosujac
proporcje - Sling Blade to produkcja amatorska, krecona na tasmie 8mm?
Dla mnie facet swiadomie zrobil ten film, by pozbyc sie odium rezysera
krecacego krwawe filmy o mordercach. Po raz pierwszy wzial glownego
bohatera (wspominalem kiedys, ze dwie glowne postacie Grier i Forstera
niemal wprost zerznal z Hot City Cohena). Dyskutowalismy o Jackie Brown
i uznalismy ten film za gorzej ogladajacy sie od RD i PF, aczkolwiek
poruszajcy sie po podobnej sferze tematycznej. Po prostu, Tarantino
probujacy opowiadac na powaznie okazal sie slabszy od Tarantino,
ktory serwuje skecze z Vincentem Vega i innymi. Gosc niewiele
wie o zyciu, potrafi za to cytowac z tych tysiecy filmow, ktore obejrzal
w wypozyczalni.

Eastwood to jeden z najbardziej kasowych ludzi w historii kina. Utrzymal
sie na topie dluzej niz ktokolwiek inny. Stworzyl postacie, ktore do
dzis staly sie czescia kultury, znana wiekszosci widzow na swiecie. Po
najrozniejszych kasowych hitach akcji gosc robi Birda, White Hunter
Black Heart, czy Bridges of Madison County.


Madison County podobnie jak Polnoc w Ogrodzie Dobra i Zla z pewnoscia
nie uwazam za dramaty kameralne. Moim zdaniem przypadek Eastwooda
najmniej pasuje to twojej linii strategicznej. Po pierwsze, facet sukcesy
odnosil jako aktor. Juz dawno temu rezyserowal tez malutkie westerniki,
zdaje sie, ze kiedys dyskutowalismy o High Plains Drifter. Nie widze
zadnego sukcesu rezyserskiego do czasu Unforgiven, po ktorym zrobil
gniota pod tytulem Perfect World, no i Madison County.

Eastwood prywatnie byl i jest bardzo lasy na slawe. Facet robi sobie
przerywniki typu dwuletnie piastowanie posady burmistrza w swoim
rodzinnym miasteczku, ale nic nie umiera - przebakiwalo sie potem,
ze bedzie startowal na senatora, a moze i wyzej, a tamto bylo odskocznia.
Gdy Sondra Locke zaczela opowiadac o nim rozne rzeczy, najpierw
wyrzucil ja na zbity pysk podarowanego jej domu, a potem zaplacil
gruba kase, byle tylko nie publikowala autobiografii odbrazowiajacej,
byc moze, mit ekranowego twardziela. Czytalem biografie Eastwooda
i przyznam, ze po lekturze przestalem gosciowi wierzyc.

Zeby nie bylo, ze jestem malkontentem, podam jedno nazwisko, ktore
przeoczyles, a ktore stanowi jeden z nielicznych wyjatkow od mojej
tezy: Coppola. Pisze sie o nim, ze jest to gosc, ktory dla realizacji
filmu poswieci wszystko. Wklada wlasna kase, siedzi po godzinach
na planie itd. Jesli przejrzysz jego biografie, widzisz, ze faktycznie
po wielkich filmach krecil male, ktore padaly w box office. To jest
dla mnie przyklad kolesia, ktory prawie niemal nie kalkuluje.

amarot



Podobne tematy:
yoo Można xD? | Koksikk.
Gdzie w Radzyniu można poznać nowych ludzi?
lokata optymalna 5,65% bez Belki = 7,02%
Gdzieś blisko Leszna można grać?
Radę nadzorczą spółdzielni można zastąpić komisją rewizyjną
18 stopno. Mozna handlowac psami.
Jak jeszcze można pomóc? Czyli znaczki dla Werbistów.