Almodovar + Thomas Crown (drobniutkie spoilery)

Kategoria: Dla tych, ktorzy nad MegaHit przedkladaja Mistrzow Kina.

Wersja archiwalna tematu "Almodovar + Thomas Crown (drobniutkie spoilery)" z grupy pl.hum.x-muza



Amarot
22 Paź 1999, 03:00
Troche luznych uwag na temat tych dwoch filmow, ktore
udalo mi sie zobaczyc w ramach odrabiania zaleglosci
w repertuarze kinowym :)

Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
bawia. W Matadorze zrobilo na mnie wrazenie pare wspaniale
perwersyjnych scen, podobnie w Kice, ale cala reszta tych filmow
to nieznosny belkot. Kobiet na skraju... chyba nawet nie zdolalem
obejrzec do konca. Na WomM mialem ochote wyjsc, bo absurd
historii w momencie gdy wyszlo na jaw, ze pewien jurny transwestyta
obdarowal dzieckiem dziewczyne zajmujaca sie pomaganiem biednym,
siegnal zenitu. Potem, nie wiem czy za sprawa tej nowej, swietnie
grajacej aktorki Almodovara (matka) czy skupieniem sie od tego
momentu na postaciach i nie mnozeniu kretynskich perypetii,
film zaczal sie rozkrecac. Final stanowi fajna alegorie, wzrusza
i pokazuje, ze jest jakis sens w tym dziwacznym swiecie.

Thomas Crown to wodewil. Dobrze nakrecony. Nie wiem, jakie
nadzwyczajne sekwencje z tego filmu mial na mysli Rufus, ale
mnie zszkowala sekwencja z szybowcem. Widac, ze oboje
aktorzy zostali w nim umieszczeni! Najazdy kamery na szybowiec
byly wprost fenomenalne. John McTiernan nie zapomnial rzemiosla.

Russo pokazala w tym filmie zaskakujaco duzo w porownaniu
z poprzednimi rolami. Traktowalem ja wczesniej jako koszmarna
hollywoodzka primadonne, przesadnie wyrafinowana i nienaturalna
w udawaniu tajemniczosci, a tutaj zupelnie zmienila image i moze
wlasnie dzieki temu pozbyla sie maniery, ktora mnie strasznie
denerwowala.  Oczywiscie, cala intryga w tym filmie stanowi
temat na marny kabaret, tak wiec calosc oglada sie jak
przyzwoity film z gatunku takich, jak telewizja nadaje
w soboty o 20:00.

amarot

Wojciech Orlinski
22 Paź 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
bawia.


Uf, ostatnio za czesto sie z Toba zgadzam i nie moglem sie juz doczekac
okazji, do jakiegos glosnego protestu.  Bo ja na przyklad goscia uwielbiam.

W Matadorze zrobilo na mnie wrazenie pare wspaniale
perwersyjnych scen, podobnie w Kice, ale cala reszta tych filmow
to nieznosny belkot. Kobiet na skraju... chyba nawet nie zdolalem
obejrzec do konca. Na WomM mialem ochote wyjsc, bo absurd
historii w momencie gdy wyszlo na jaw, ze pewien jurny transwestyta
obdarowal dzieckiem dziewczyne zajmujaca sie pomaganiem biednym,
siegnal zenitu.


Zycie to w ogole absurd!

Potem, nie wiem czy za sprawa tej nowej, swietnie
grajacej aktorki Almodovara (matka) czy skupieniem sie od tego
momentu na postaciach i nie mnozeniu kretynskich perypetii,
film zaczal sie rozkrecac. Final stanowi fajna alegorie, wzrusza
i pokazuje, ze jest jakis sens w tym dziwacznym swiecie.


Erm, teraz juz mi trudno polemizowac... no bo Ci sie jednak podobalo, tak?
Moim zdaniem, to najlepszy film Almodovara ever.

Amarot
23 Paź 1999, 03:00

| Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
| jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
| bawia.
Uf, ostatnio za czesto sie z Toba zgadzam i nie moglem sie juz
doczekac okazji, do jakiegos glosnego protestu.  Bo ja na przyklad
goscia uwielbiam.


Kurcze, napisz pare zdan wiecej, z checia podyskutuje. Strasznie nie
lubie otwierac nowego threadu, ale jakos zmusilem sie do wypocenia
paru zdan na poczatek i czekam na jakas kontre, ktora pozwoli mi
wylozyc reszte tego co mam do powiedzenia.

amarot

Wojciech Orlinski
23 Paź 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

| Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
| jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
| bawia.
| Uf, ostatnio za czesto sie z Toba zgadzam i nie moglem sie juz
| doczekac okazji, do jakiegos glosnego protestu.  Bo ja na przyklad
| goscia uwielbiam.
Kurcze, napisz pare zdan wiecej, z checia podyskutuje.


Cwaniaczku, sam tez nie napisales nic konkretnego :-).

Otoz bardzo odpowiada mi kreslona przez Almodovara wizja kobiety i stosunku
kobieta/mezczyzna.  Uwazam, ze milosc mezczyzny polega glownie na
krzywdzeniu kobiety.  Tak to skonstruowala natura. Tak zwane 'zyli dlugo i
szczesliwie' oznacza przeciez tylko tyle, ze 'zrobil jej mnostwo
dzieciakow, uniemozliwiajac jej samodzielne zycie, zamykajac ja w areszcie
domowym na dlugie lata'. Tej wlasnie wizji Almodovar poswieca swoje kino.
Pokazuje kobiety jako istoty moralnie doskonalsze od egoistycznych, latwo
poddajacych sie manipulacji, glupich, krotkowzrocznych mezczyzn (Kika!).

'WoMM' to film o tej wlasnie krzywdzie - ktora mezczyzna sprawia kobiecie
juz w fazie gastruli (kiedy jak fachowy pasozyt oglupia chemicznie jej
system odpornosciowy, wywolujac wymioty). Potem wykorzystuje wlasna matke,
przedszkolanki, kolezanki, nauczycielki, potem (jak sie dorobi) wlasna
sekretarke, zone, a na koniec pielegniarke lub corke. Zawsze jako pasozyt,
najpierw pasozytniczy embrion, na koniec jako despotyczny starzec
wymagajacy opieki. Wszystkie te etapy sa genialnie pokazane w 'WoMM'. Sa
tam tez pokazani mezczyzni, ktorzy swoj hold kobietom wyrazaja przez
transwestytyzm/transseksualizm ('kinki' bliskie samemu Almodovarowi).
Naturalnie, sa w tym karykaturalni, jak malpa udajaca czlowieka.

Rufus T. Firefly
23 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:
Thomas Crown to wodewil. Dobrze nakrecony. Nie wiem, jakie
nadzwyczajne sekwencje z tego filmu mial na mysli Rufus


Nie bez powodu mowilem, ze nie potrafie polecic tego filmu i ze nie mam
zadnych argumentow do dyskusji. Odebralem go bardzo mocno z zupelnie
osobistych powodow. Golym okiem widze, ze w filmie jest masa zawalonych
rzeczy - watpliwe elementy akcji (akcja z kluczami na najnizszym
poziomie pradopodobienstwa), kilka prawie kiczowatych scen, niepotrzebny
happy end (koniec powinien nastapic na nabrzezu przy helikopterze) itd.
A jednak to jeden z moich ulubionych filmow roku - po czesci przez
chemie miedzy Russo a Brosnanem, po czesci z innych powodow. Scene ze
zwracaniem obrazu uwazam za sekwencje roku, ale znowu - wylacznie z
przyczyn osobistych, ktore cie nie przekonaja. Mieszanka Magritte + Nina
Simon + obrazy z d'Orsay + gra Russo mnie rozlozyla. Do tego ten
cudownie surrealistyczny moment, kiedy policja zatrzymuje jednego
'Magritta' i z jego walizki wysypuja sie reprodukcje - najlepsza chwila
na ekranie w tym kwartale . Naprawde, nie czulem nic takiego w kinie od
dlugiego czasu - odbioru filmu na poziomie czysto osobistym,
wewnetrznym, do tego zupelnie bez wrazenia, ze ktos tym z rozmyslem
steruje.

Russo pokazala w tym filmie zaskakujaco duzo w porownaniu
z poprzednimi rolami. Traktowalem ja wczesniej jako koszmarna
hollywoodzka primadonne, przesadnie wyrafinowana i nienaturalna
w udawaniu tajemniczosci, a tutaj zupelnie zmienila image i moze
wlasnie dzieki temu pozbyla sie maniery, ktora mnie strasznie
denerwowala.  


Mnie jej maniera wczesniej nie denerwowala. Wrecz bardzo lubilem jej
role - choc to kretynsko brzmi, moim zdaniem emanuje z niej na ekranie
jakies cieplo, zyczliwosc i pozytywne nastawienie. Ale zgodze sie, ze w
tym filmie pokazala prawdziwa klase. Aktorstwo to jeden z plusow tego
filmu, ktore moge wymienic w miare obiektywnie.

Oczywiscie, cala intryga w tym filmie stanowi
temat na marny kabaret, tak wiec calosc oglada sie jak
przyzwoity film z gatunku takich, jak telewizja nadaje
w soboty o 20:00.


Mimo ze widze mase niedociagniec w filmie, to ani kabaret ani wodewil
nie maja z tym filmem nic wspolnego. Ale juz sie przyzwyczailem, ze
nasze terminologiczne nieporozumienia powinny byc czescia opisu grupy :)

R.

Sebastian Zurowski
23 Paź 1999, 03:00
Amarot napisał...

Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
bawia.


Rozumiem zatem ze nie widziales 'Drzacego ciala'? Film w klimacie
Almodovara, ale jednoczesnie zupelnie inny. 100% czystej psychodramy przy
prawie zupelnym braku perwersyjno-surrealistycznych scen. W dodatku jest to
adaptacja klasycznego angielskiego kryminalu. A efekt jest piorunujacy.

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

Nie bez powodu mowilem, ze nie potrafie polecic tego filmu i ze nie mam
zadnych argumentow do dyskusji. Odebralem go bardzo mocno z zupelnie
osobistych powodow. Golym okiem widze, ze w filmie jest masa zawalonych
rzeczy - watpliwe elementy akcji (akcja z kluczami na najnizszym
poziomie pradopodobienstwa), kilka prawie kiczowatych scen, niepotrzebny
happy end (koniec powinien nastapic na nabrzezu przy helikopterze) itd.
A jednak to jeden z moich ulubionych filmow roku - po czesci przez
chemie miedzy Russo a Brosnanem, po czesci z innych powodow. Scene ze
zwracaniem obrazu uwazam za sekwencje roku, ale znowu - wylacznie z
przyczyn osobistych, ktore cie nie przekonaja. Mieszanka Magritte + Nina
Simon + obrazy z d'Orsay + gra Russo mnie rozlozyla. Do tego ten
cudownie surrealistyczny moment, kiedy policja zatrzymuje jednego
'Magritta' i z jego walizki wysypuja sie reprodukcje - najlepsza chwila
na ekranie w tym kwartale . Naprawde, nie czulem nic takiego w kinie od
dlugiego czasu - odbioru filmu na poziomie czysto osobistym,
wewnetrznym, do tego zupelnie bez wrazenia, ze ktos tym z rozmyslem
steruje.


Kurcze, Rufus... Akurat Magritte jest jednym z moich ulubionych
malarzy. W Brukseli w Muzeum Sztuk Pieknych znajduje sie chyba
najwieksza na swiecie kolekcja jego obrazow. W sali obok jest tez
duzy zestaw Paula Delvaux, tez surrealisty malujacego w podobnej
manierze, tyle ze umieszczajacego na plotnach motywy seksu
i smierci (na kanwie tych prac moglaby powstac sceneria do
niezlego horroru). Magritte jest wspaniale aseksualny, eteryczny
i bardziej 'humanistyczny'. Jak rozumiem, piszac o d'Orsay masz
na mysli Pisarra, ale Nina Simon zupelnie mnie zaskoczyles.  

Zgadzam sie, jesli chodzi o nieudany happy end i klucze. Dodam tez
zupelnie kiepski montaz w scenie, gdy Russo dowiaduje sie w biurze,
ze Brosnan szaleje na balu, jest zdziwiona, a po cieciu widzimy ja juz
w przezroczystej sukni na owym balu. Poza tym moim zdaniem
zupelnie sztuczny jest motyw siostry Brosnana, przesadza tez
Denis Leary, ktory pozostawanie na drugim planie tak bardzo
sobie wzial do serca, ze pozostaje w filmie wlasciwie niewidzialny.

| Oczywiscie, cala intryga w tym filmie stanowi
| temat na marny kabaret, tak wiec calosc oglada sie jak
| przyzwoity film z gatunku takich, jak telewizja nadaje
| w soboty o 20:00.
Mimo ze widze mase niedociagniec w filmie, to ani kabaret ani
wodewil nie maja z tym filmem nic wspolnego. Ale juz sie
przyzwyczailem, ze nasze terminologiczne nieporozumienia
powinny byc czescia opisu grupy :)


Tak, tak, wiem - mam juz zamowiony na przyszly tydzien numerek do
lekarza, ktory przebada moje klopoty definicyjne. Napisalem o wodewilu
i kabarecie, bo moim zdaniem mozna patrzec na ten film jako na zbiorek
scenek: taniec na sali, w lozku i na schodach, w samolocie, przy
romantycznej muzyce. Liczy sie tylko dwoje aktorow, nowe stroje
w kazdej scenie i komediowe akcenty; brakuje tylko tekstu spiewanego.

amarot

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

Otoz bardzo odpowiada mi kreslona przez Almodovara wizja kobiety
i stosunku kobieta/mezczyzna.  Uwazam, ze milosc mezczyzny
polega glownie na krzywdzeniu kobiety.  Tak to skonstruowala
natura. Tak zwane 'zyli dlugo i szczesliwie' oznacza przeciez
tylko tyle, ze 'zrobil jej mnostwo dzieciakow, uniemozliwiajac
jej samodzielne zycie, zamykajac ja w areszcie domowym na
dlugie lata'. Tej wlasnie wizji Almodovar poswieca swoje kino.
Pokazuje kobiety jako istoty moralnie doskonalsze od egoistycznych,
latwo poddajacych sie manipulacji, glupich, krotkowzrocznych
mezczyzn (Kika!).


Zgoda, w WoMM jest to rzeczywiscie tak, ze mezczyzni krzywdza
kobiety ('Mimo ze dorobil sobie cycki, nadal pozostal meskim
szowinista!'). W zasadzie nie tyle mezczyzni, co jeden mezczyzna,
a dokladniej mowiac transseksualista, ktory pokazany na koncu jawi
sie jako lagodny baranek, do tego umierajacy. Almodovar w pewnym
sensie go rozgrzesza, pokazuje, ze gosc czuje skruche. Nie widze
tu wiec jakiegokolwiek elementu oskarzycielskiego. Poza tym, jak
mozna normalnie traktowac owa samarytanke, ktora dala sie uwiesc
facetowi na wysokich obcasach! Jej postac byla dla mnie wyjatkowo
przerysowana.

Problem w tym, ze w swiecie, w ktorym sie poruszamy, nie ma
takich postaci ani problemow. Ten sztafaz Almodovara zawsze mnie
odrobine draznil, a przynajmniej nie pozwalal trakotwac jego historii
w pelni na serio. Co Almodovar lubi prywatnie, wszyscy wiedza (w nowej
Vivie jest fajny artykul Kolodynskiego na ten temat; jest tez spore story
o Wachowskich) i w naturalny sposob jego obsesje i humory przenikaja
na ekran. Wraz z wiekiem wydaje mi sie, ze gosc zlagodnial (co zreszta
on sam przyznaje) i jest juz troche znuzony cyrkiem postaci. Bohaterka
WoMM jest w pelni prawdziwa, zupelnie inna od Kiki, ktora jawila mi sie
jako stara pietnastolatka. Moze nastepny film Almodovara bedzie juz
zupelnie na serio, a te 'kinki' pozostana w dalekim tle.

Nie zgodze sie tez z tym, jakoby kino Almodovara pokazywalo, ze
kobiety sa dreczone przez mezczyzn. Na przyklad w Matadorze jest
wprost odwrotnie.

amarot

Wojciech Orlinski
24 Paź 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

Zgoda, w WoMM jest to rzeczywiscie tak, ze mezczyzni krzywdza
kobiety ('Mimo ze dorobil sobie cycki, nadal pozostal meskim
szowinista!'). W zasadzie nie tyle mezczyzni, co jeden mezczyzna,
a dokladniej mowiac transseksualista, ktory pokazany na koncu jawi
sie jako lagodny baranek, do tego umierajacy. Almodovar w pewnym
sensie go rozgrzesza, pokazuje, ze gosc czuje skruche. Nie widze
tu wiec jakiegokolwiek elementu oskarzycielskiego.


A czy ja cos mowie o oskarzeniu? Takie jest zycie.

Poza tym, jak
mozna normalnie traktowac owa samarytanke, ktora dala sie uwiesc
facetowi na wysokich obcasach! Jej postac byla dla mnie wyjatkowo
przerysowana.


Dla mnie nie (w gruncie rzeczy, kazda milosc jest przerysowana). W ogole
musisz sie chyba zle czuc w dzisiejszych, postmodernistycznych czasach - co
najmniej jak czlowiek renesansu w baroku.

Problem w tym, ze w swiecie, w ktorym sie poruszamy, nie ma
takich postaci ani problemow.


Mow za siebie - ja sie totalnie identyfikuje z tym filmem (jak wiesz, do
dla mnie warunek dobrej zabawy w kinie).

jako stara pietnastolatka. Moze nastepny film Almodovara bedzie juz
zupelnie na serio, a te 'kinki' pozostana w dalekim tle.


Brrrrr...

Nie zgodze sie tez z tym, jakoby kino Almodovara pokazywalo, ze
kobiety sa dreczone przez mezczyzn. Na przyklad w Matadorze jest
wprost odwrotnie.


Slabo pamietam Matadora, ale w Kice jest ten sam problem - to wlasnie
glowna bohaterka ma ostatnie slowo. To ona wygrywa - bo to ona uosabia
milosc i niewinnosc. Tak jak w 'WoMM' - mezczyzni tutaj krzywdza kobiety i
umieraja _nieszczesliwi_. Kobiety umieraja _szczesliwe_ (choc skrzywdzone),
bo po prostu nie maja sobie nic do zarzucenia. Ich zycie ma sens,
mianowicie poswiecenie dla innych. A zycie mezczyzny (u Almodovara) to
pasmo absurdu, durnych ambicji, kariery, rywalizacji, kart kredytowych i
tych wszystkich dupereli, poza ktorymi swiada nie widza.

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

| Problem w tym, ze w swiecie, w ktorym sie poruszamy, nie ma
| takich postaci ani problemow.
Mow za siebie - ja sie totalnie identyfikuje z tym filmem (jak wiesz,
do dla mnie warunek dobrej zabawy w kinie).


Identyfikujesz sie z filmem czy z postaciami, bo przestaje rozumiec?

| Nie zgodze sie tez z tym, jakoby kino Almodovara pokazywalo, ze
| kobiety sa dreczone przez mezczyzn. Na przyklad w Matadorze jest
| wprost odwrotnie.
Slabo pamietam Matadora, ale w Kice jest ten sam problem - to wlasnie
glowna bohaterka ma ostatnie slowo. To ona wygrywa - bo to ona uosabia
milosc i niewinnosc. Tak jak w 'WoMM' - mezczyzni tutaj krzywdza kobiety
i umieraja _nieszczesliwi_. Kobiety umieraja _szczesliwe_ (choc
skrzywdzone), bo po prostu nie maja sobie nic do zarzucenia.
Ich zycie ma sens, mianowicie poswiecenie dla innych. A zycie
mezczyzny (u Almodovara) to pasmo absurdu, durnych ambicji,
kariery, rywalizacji, kart kredytowych i tych wszystkich dupereli,
poza ktorymi swiada nie widza.


W Matadorze to Banderas jest dreczony: przez wscibska matke,
ktora czuwa za drzwiami lazienki, gdy on sie tam kapie, przez
sasiadke, ktora mu odmawia niezobowiazujacego seksu.
Banderas tam to odpowiednik Kiki, zagubiony w swiecie,
niedorosly.

Akurat w MoMM niejaki Lola umarl szczesliwy. Dowiedzial sie, ze mial
dziecko, rozgrzeszyl sie przed byla zona. Wydaje mi sie, ze problem
bierze sie stad, ze Almodovara nigdy nie rzucila kobieta ani nawet nie
okazala mu obojetnosci, wiec gosc pewne sprawy idealizuje. Moim zdaniem
Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami: nacpana
aktorka, ktora sypia ze starsza aktorka, z ktora gra w sztuce Williamsa;
babka zabijajaca szpikulcem torreadorow itd. We WoMM moge tylko
w pelni uwierzyc w psychologiczne motywacje matki, reszta postaci
to takie zabawne, kolorowe twory. Mimo to udaje sie Almodovarowi
- jak pisalem - ciekawie, humanistycznie zakonczyc film.

amarot

Wojciech Orlinski
24 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:
| Problem w tym, ze w swiecie, w ktorym sie poruszamy, nie ma
| takich postaci ani problemow.
| Mow za siebie - ja sie totalnie identyfikuje z tym filmem (jak wiesz,
| do dla mnie warunek dobrej zabawy w kinie).

Identyfikujesz sie z filmem czy z postaciami, bo przestaje rozumiec?


Identyfikuje sie zawsze z _problemem_. Juz o tym przeciez dyskutowalismy
przy okazji dryfu o identyfikacji. Identyfikuje sie z podejsciem
Almodovara do kobiet.

Akurat w MoMM niejaki Lola umarl szczesliwy.


Oj, to dla mnie dyskusyjne. Na pewno szczesliwa umarla ta zakonnica.
Fajnie jest przed smiercia zadac sobie pytanie: co zrobiles dobrego? I
moc sobie wyobrazic, ze lista dobrych uczynkow siega formatu
Encyclopaedia Britannica. Lola niestety tej pociechy nie mial(a).

Moim zdaniem
Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami:


Tu mamy juz moje slowo przeciwko Twojemu - bo jestem innego zdania o
tym, na czym polegaja 'prawdziwe' problemy mesko-damskie. Moim zdaniem,
wlasnie na esencjonalnej nieewkiwalentnosci tego, co mezczyzna i kobieta
moga sobie nawzajem zaoferowac. Czyli na krzywdzeniu kobiet przez
mezczyzn. Czymze jest 'okazanie mezczyznie obojetnosci' lub 'rzucenie
go', w porownaniu z porodem?

Rufus T. Firefly
24 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:
Kurcze, Rufus... Akurat Magritte jest jednym z moich ulubionych
malarzy. (...) Jak rozumiem, piszac o d'Orsay masz
na mysli Pisarra, ale Nina Simon zupelnie mnie zaskoczyles.


Co do d'Orsay - nie Pissara, ale rzecz o jakies 100 lat wczesniejsza -
portret mlodej kobiety, pojawiajacy sie przez kilka chwil w momencie
zaslaniania obrazow przy pozornym pozarze. Nie znam autora (rozmyslnie),
choc obraz znam na pamiec. Przy pierwszej wizycie w d'Orsay obraz mnie
ogluszyl.

Magritte - swietny patent w filmie. Zaluje tylko (tak jak napomykalem w
innym poscie), ze znowu ktos musial bezczelnie wszystko wyjasnic i
pokazywac Magritte'a na ekranie. O ile bardziej subtelna bylaby ta
koncepcja, gdyby pozostala na poziomie sugestii dla zainteresowanych.

Zgadzam sie, jesli chodzi o nieudany happy end i klucze. Dodam tez
zupelnie kiepski montaz w scenie, gdy Russo dowiaduje sie w biurze,
ze Brosnan szaleje na balu, jest zdziwiona, a po cieciu widzimy ja juz
w przezroczystej sukni na owym balu. Poza tym moim zdaniem
zupelnie sztuczny jest motyw siostry Brosnana


Paradoksalnie, ze wszystkim sie zgadzam i nie widze sensu tych rzeczy
bronic. Dorzuce jeszcze minimalne prawdopodobienstwo wlamania do domu
Brosnana przez Russo z ekipa, odnalezienie przez nia obrazu Moneta itd.
Nawet watpliwa koncepcje ze splywajaca farba (obawiam sie, ze woda mocno
uszkodzilaby plotno Moneta). Watpliwych elementow dotyczacych akcji jest
w tym filmie mnostwo (choc sa i dwie IMO znakomite sceny sensacyjne -
kradziez Moneta i pozorny zwrot obrazu). A jednak odnosilem wrazenie, ze
McTiernan swiadomie to wszystko przepuszcza i nie przyklada do tych
spraw wiekszej wagi. Ten film to romans i wszystko jest temu
podporzadkowane. Jestem pelen podziwu dla Brosnana (ktorego uwazam za
watpliwego aktora) i Russo za to, ze z materialu, ktory w rekach kogo
innego zmienilby sie w kiszke, zrobili cos poruszajacego. Jak dla mnie,
z ich rol bije szczerosc i prawdziwa chemia. Naga Russo na ekranie jest
pokazywana bez zadnej pruderii i jednoczesnie bez sensacji standardowej
w takich ujeciach (np. na plazy) - wielki plus dla niej i McTiernana.
Podobalo mi sie to, co ladnie okreslil jeden z recenzentow - w tym
filmie akcja jest bardziej bondowska niz w ostatnich Bondach, bo kiedys
filmy o 007 cechowala przede wszystkim pomyslowosc scen akcji, a dzis
chodzi juz tylko ich wymiar i spektakularnosc. Obie sceny muzealne w TCA
sa dla mnie wlasnie przede wszystkim pomyslowe.

przesadza tez
Denis Leary, ktory pozostawanie na drugim planie tak bardzo
sobie wzial do serca, ze pozostaje w filmie wlasciwie niewidzialny.


Z tym sie nie zgodze. Mysle, ze ladnie zdal ten egzamin, ale ja go
zawsze lubilem (jeszcze od czasu jego cholernie zabawnych spotow w MTV)
i moze wpisuje w jego role wiecej niz tam faktycznie jest.

Napisalem o wodewilu
i kabarecie, bo moim zdaniem mozna patrzec na ten film jako na zbiorek
scenek: taniec na sali, w lozku i na schodach, w samolocie, przy
romantycznej muzyce. Liczy sie tylko dwoje aktorow, nowe stroje
w kazdej scenie i komediowe akcenty;


Zgodze sie, ze liczy sie tylko dwoje aktorow i IMO wlasnie o to
chodzilo. Swoja droga zdziwilo mnie to, ze taki film, ktory przeciez w
pierwotnej wersji byl historia czysto sensacyjna, nagle zmienil sie
przede wszystkim w romans, przy ktorym wszystko inne jest niewazne.

Dwa pytania - jak oceniasz te dwie sceny muzealne, o ktorych pisalem i
jak podbala cie sie koncepcja z wpleceniem Magrittow? Nie uwazasz, ze to
cholernie pomyslowe i takie jakies 'nieamerykanskie'? I jeszcze jedno -
moze nie chcialo mi sie myslec, bo smakowalem sobie poszczegolne sceny,
ale moim zdaniem w zadnym momencie filmu nie wiadomo jak ta historia
moze sie zakonczyc. Jesli juz cokolwiek dalo sie przewidziec, to
doslownie raptem na kilka sekund, zanim nastapilo, co IMO w takim filmie
jest juz wielkim osiagnieciem. Nie miales tego samego wrazenia?

R.

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

| Wszystko o mojej Matce to dopiero czwarty film Almodovara,
| jakie widzialem. Nie przepadam za gosciem ani tematami, ktore go
| bawia.
Rozumiem zatem ze nie widziales 'Drzacego ciala'? Film w klimacie
Almodovara, ale jednoczesnie zupelnie inny. 100% czystej psychodramy
przy prawie zupelnym braku perwersyjno-surrealistycznych scen.
W dodatku jest to adaptacja klasycznego angielskiego kryminalu.
A efekt jest piorunujacy.


Nie widzialem. Jesli mozesz, napisz pare niespoilerujacych zdan.
Naprawde nie ma w tym filmie zadnego transwestyty, gwalciciela
ani modliszki?

amarot

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

| Kurcze, Rufus... Akurat Magritte jest jednym z moich ulubionych
| malarzy. (...) Jak rozumiem, piszac o d'Orsay masz
| na mysli Pisarra, ale Nina Simon zupelnie mnie zaskoczyles.
Co do d'Orsay - nie Pissara, ale rzecz o jakies 100 lat wczesniejsza -
portret mlodej kobiety, pojawiajacy sie przez kilka chwil w momencie
zaslaniania obrazow przy pozornym pozarze. Nie znam autora
(rozmyslnie), choc obraz znam na pamiec. Przy pierwszej wizycie
w d'Orsay obraz mnie ogluszyl.



wiedzial wszystko. Nic nie kombinuje, po prostu nie pisze postow
z encyklopedia na kolanach i w tej chwili nie bardzo kojarze to
nazwisko :)

Naga Russo na ekranie jest pokazywana bez zadnej pruderii
i jednoczesnie bez sensacji standardowej w takich ujeciach
(np. na plazy) - wielki plus dla niej i McTiernana.


Pelna zgoda. To co na przyklad zrobila Demi Moore w Striptizie
uwazam za absolutnie zalosne, takie draznienie sie z widzem,
sloganiki, a potem pokazywanie mu figi z makiem. To tak, jakbys
krecil film o zyciu szpitalnym i nie pokazal zadnego chorego
- bo nie wypada, bo to niefilmowe itp.

Po pierwszych scenach TCA bylem gotow sie zalozyc, ze Russo nie
pokaze nawet piersi, a tymczasem zwlaszcza w scenie na plazy kopara
mi opadla. Oczywiscie, ze to bezpruderyjne i naruralne - ale tez przeciez
nikt opalajacy sie nago na plazy nie zaslania sobie piersi tylko dlatego,
ze w poblizu kreca film. Strasznie nie lubie byc oszukiwany w kinie,
a tutaj otrzymalem sporo, mimo ze na poczatku nic nie bylo obiecywane!

Ciekawe, co piszesz o porownaniu TCA do Bonda. Skojarzenie wydaje
sie jak najbardziej na miejscu. Dodajac jeszcze, ze Brosnan byl
producentem (lub wspol-) filmu, tym blizsza staje sie wizja
'artystycznego Bonda'.

Dwa pytania - jak oceniasz te dwie sceny muzealne, o ktorych pisalem i
jak podbala cie sie koncepcja z wpleceniem Magrittow?  Nie uwazasz,
ze to cholernie pomyslowe i takie jakies 'nieamerykanskie'?


Pomysl z gromadka Magritte'ow fajny. W ogole swietnym pomyslem
jest uczynienie leitmotivem historii milosnej obrazu, ktory nie kojarzy
sie wprost z miloscia. Gdyby byl to np. jakis portrert Renoira, byloby
to pretensjonalne, a tak pozostaje prawdziwa Tajemnica.

I jeszcze jedno - moze nie chcialo mi sie myslec, bo smakowalem
sobie poszczegolne sceny, ale moim zdaniem w zadnym momencie
filmu nie wiadomo jak ta historia moze sie zakonczyc. Jesli juz
cokolwiek dalo sie przewidziec, to doslownie raptem na kilka
sekund, zanim nastapilo, co IMO w takim filmie jest juz wielkim
osiagnieciem. Nie miales tego samego wrazenia?


Wiedzialem, ze musza odjechac razem, tylko nie wiedzialem jak do
tego dojda. Jakos nie moge sobie przypomniec duzego hollywoodzkiego
filmu z gatunku tzw. komedii sensacyjno-milosnej (skoro okreslenie
wodewil cie drazni :)), ktory by skonczylby sie rozejsciem sie dwojga.
Bylo cos takiego?

amarot

Amarot
24 Paź 1999, 03:00

| Problem w tym, ze w swiecie, w ktorym sie poruszamy, nie ma
| takich postaci ani problemow.
| Mow za siebie - ja sie totalnie identyfikuje z tym filmem (jak wiesz,
| do dla mnie warunek dobrej zabawy w kinie).
| Identyfikujesz sie z filmem czy z postaciami, bo przestaje rozumiec?
Identyfikuje sie zawsze z _problemem_. Juz o tym przeciez
dyskutowalismy przy okazji dryfu o identyfikacji. Identyfikuje sie
z podejsciem Almodovara do kobiet.


W tamtym dryfie pisales, ze identyfikujesz sie  postacia, jako przyklad
podajac Sutherlanda z Don't Look Now. Nie za bardzo rozumiem, jak
mozna sie identyfikowac z problemem. Bo co to na przyklad znaczy:
identyfikowac sie z chorymi na autyzm (Rainman) albo historia o matce,
ktora stracila syna (WoMM). Podejscie Almodovara do kobiet mozna
akceptowac, oceniac identycznie etc, ale nie identyfikowac sie z nim.

| Akurat w MoMM niejaki Lola umarl szczesliwy.
Oj, to dla mnie dyskusyjne. Na pewno szczesliwa umarla ta zakonnica.
Fajnie jest przed smiercia zadac sobie pytanie: co zrobiles dobrego? I
moc sobie wyobrazic, ze lista dobrych uczynkow siega formatu
Encyclopaedia Britannica. Lola niestety tej pociechy nie mial(a).


To co powyzej napisales, to cynizm w formie czystej. Tworzysz
jakies ilosciowe kategorie szczesliwosci, wmawiajac, ze dopiero
po przekroczeniu pewnego progu osoba moze byc szczesliwa.
Tymczasem osoba jest szczesliwa, kiedy ona sama uzna,
ze jest szczesliwa. Lola w filmie mowi, ze jest szczesliwy
i ze teraz moze spokojnie umrzec.

| Moim zdaniem
| Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
| bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami:
Tu mamy juz moje slowo przeciwko Twojemu - bo jestem innego zdania o
tym, na czym polegaja 'prawdziwe' problemy mesko-damskie. Moim zdaniem,
wlasnie na esencjonalnej nieewkiwalentnosci tego, co mezczyzna i kobieta
moga sobie nawzajem zaoferowac. Czyli na krzywdzeniu kobiet przez
mezczyzn. Czymze jest 'okazanie mezczyznie obojetnosci' lub 'rzucenie
go', w porownaniu z porodem?


WO, wydaje mi sie, ze w tym momencie robisz dokladnie to, co ci
zarzuca spora czesc dyskutantow na sf-f, czyli zamydlasz sytuacje.
W tym akapicie jest mowa o stosunkach mesko-damskich, a ty od razu
wyjezdzasz z porodem. Oczywiscie, ze to sprawa powazniejsza, niz
'okazanie mezczyznie obojetnosci', tylko ze jest to sprawa wylacznie
kobiety, ktora rodzi - i w tym momencie tylko ona jest odpowiedzialna
za wszystko co sie wydarzy. Mezczyzna zwykle stoi za drzwiami.
Powtorze jeszcze raz: dialogi miedzy kobietami i mezczyznami,
ich zachowania sa w wiekszosci surrealistyczne a nawet blazenskie,
tak jak w scenie gdy aktor grajacy Stanleya Kowalskiego wchodzi
przed spektaklem do garderoby i prosi sympatyczna (ego?) aktorke
(a?) o przysluge. W spektaklu przekonujaco gra macho, a tutaj nagle
zachowuje sie jak klient, ktory zwial z zakladu bez klamek.

amarot

Wojciech Orlinski
24 Paź 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

| Identyfikuje sie zawsze z _problemem_. Juz o tym przeciez
| dyskutowalismy przy okazji dryfu o identyfikacji. Identyfikuje sie
| z podejsciem Almodovara do kobiet.
W tamtym dryfie pisales, ze identyfikujesz sie  postacia, jako przyklad
podajac Sutherlanda z Don't Look Now.


...nie jedyny...

Nie za bardzo rozumiem, jak
mozna sie identyfikowac z problemem.


Bardzo prosto - Ty uwazasz, ze problemy tego filmu sa zmyslone. Ja zas
odnajduje w nim kwestie wziete z wlasnego zycia. Wlasnie dlatego ja sie z
'WoMM' identyfikuje, a Ty nie.

| Oj, to dla mnie dyskusyjne. Na pewno szczesliwa umarla ta zakonnica.
| Fajnie jest przed smiercia zadac sobie pytanie: co zrobiles dobrego? I
| moc sobie wyobrazic, ze lista dobrych uczynkow siega formatu
| Encyclopaedia Britannica. Lola niestety tej pociechy nie mial(a).
To co powyzej napisales, to cynizm w formie czystej.


Czemu nie?

Tworzysz
jakies ilosciowe kategorie szczesliwosci, wmawiajac, ze dopiero
po przekroczeniu pewnego progu osoba moze byc szczesliwa.
Tymczasem osoba jest szczesliwa, kiedy ona sama uzna,
ze jest szczesliwa. Lola w filmie mowi, ze jest szczesliwy
i ze teraz moze spokojnie umrzec


E tam :-). Ja odnioslem inne wrazenie.

| Moim zdaniem
| Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
| bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami:
| Tu mamy juz moje slowo przeciwko Twojemu - bo jestem innego zdania o
| tym, na czym polegaja 'prawdziwe' problemy mesko-damskie. Moim zdaniem,
| wlasnie na esencjonalnej nieewkiwalentnosci tego, co mezczyzna i kobieta
| moga sobie nawzajem zaoferowac. Czyli na krzywdzeniu kobiet przez
| mezczyzn. Czymze jest 'okazanie mezczyznie obojetnosci' lub 'rzucenie
| go', w porownaniu z porodem?
WO, wydaje mi sie, ze w tym momencie robisz dokladnie to, co ci
zarzuca spora czesc dyskutantow na sf-f, czyli zamydlasz sytuacje.
W tym akapicie jest mowa o stosunkach mesko-damskich, a ty od razu
wyjezdzasz z porodem.


Jest to (a) istotny element owych stosunkow (b) istotny element
dyskutowanego filmu.

Powtorze jeszcze raz: dialogi miedzy kobietami i mezczyznami,
ich zachowania sa w wiekszosci surrealistyczne a nawet blazenskie,
tak jak w scenie gdy aktor grajacy Stanleya Kowalskiego wchodzi
przed spektaklem do garderoby i prosi sympatyczna (ego?) aktorke
(a?) o przysluge. W spektaklu przekonujaco gra macho, a tutaj nagle
zachowuje sie jak klient, ktory zwial z zakladu bez klamek.


Dla mnie kazdy macho wyglada jak klient, ktory zwial z zakladu. Nie widze
niespojnosci miedzy tymi dwoma obrazami psychiki tego faceta.

anik
24 Paź 1999, 03:00
Amarot <ma@csfm.com.plwrote in message


W Matadorze to Banderas jest dreczony: przez wscibska matke,
ktora czuwa za drzwiami lazienki, gdy on sie tam kapie, przez
sasiadke, ktora mu odmawia niezobowiazujacego seksu.
Banderas tam to odpowiednik Kiki, zagubiony w swiecie,
niedorosly.


Matadora juz widzialam dawno temu, wiec wchodzic w szczegoly nie chce -
jednak wrazenie, jakie po sobie ten film u mnie  pozostawil, jest calkiem
odmienne od tego o czym piszesz. Prawda, ze Banderas jest dreczony, jednak
dlaczego? Otoz dlatego, ze sam jeszcze doswiadczenia w dreczeniu (czy moze
'wykorzystywaniu' w tym kontekscie, o ktorym pisze W.O.) nie ma i nie wie
jak sie je cos takiego jak kobieta. Nie porownywalabym go do Kiki, raczej do
bohatera Drzacego ciala, choc tu ten temat jest inaczej, ciekawiej
prowadzony - zreszta i tak zdecydowanie bardziej lubie pozniego Almodovara.

Akurat w MoMM niejaki Lola umarl szczesliwy. Dowiedzial sie, ze mial
dziecko, rozgrzeszyl sie przed byla zona. Wydaje mi sie, ze problem
bierze sie stad, ze Almodovara nigdy nie rzucila kobieta ani nawet nie
okazala mu obojetnosci, wiec gosc pewne sprawy idealizuje. Moim zdaniem
Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami: nacpana
aktorka, ktora sypia ze starsza aktorka, z ktora gra w sztuce Williamsa;
babka zabijajaca szpikulcem torreadorow itd. We WoMM moge tylko
w pelni uwierzyc w psychologiczne motywacje matki, reszta postaci
to takie zabawne, kolorowe twory. Mimo to udaje sie Almodovarowi
- jak pisalem - ciekawie, humanistycznie zakonczyc film.


A moim zdaniem wlasnie Almodovar jak malo kto umie pokazac prawdziwe
problemy damsko-meskie, a osadzajac je w takim egzotycznym srodowisku i
okraszajac swoim nieprzewidywalnym humorem sytuacyjnym, pokazuje, ze mozna
przez to wszystko przejsc i nie zwariowac lub raczej - i nie skonczyc jak
wrak ludzki. I podobnie jest z jego zakonczeniami filmow -  nie happy end,
ale i nie tragiczny final - czyli zycie toczy sie dalej, jesli mu tylko na
to pozwolic..

Ania

Sebastian Zurowski
24 Paź 1999, 03:00
Amarot napisał...

Nie widzialem. Jesli mozesz, napisz pare niespoilerujacych zdan.
Naprawde nie ma w tym filmie zadnego transwestyty, gwalciciela
ani modliszki?


Nic z tych rzeczy. Jest co prawda facet na wozku, ale to raczej nie te
klimaty. Momenty "perwersyjne" sa, ale nic w stylu proby bicia rekordu
swiata w dlugosci trwania gwaltu :) Z grubsza wyglada to tak, iz mamy
policjanta, ktory zostal postrzelony w akcji (stad wozek) i jego partnera.
Obaj maja zony, przy czym ten drugi jest caly czas zdradzany, miedzy innymi
z facetem, ktory... postrzelil jego partnera. Ten jednak chce uwiesc zone
faceta na wozku. Moze cos pokrecilem, ale ogolne pojecie chyba mozna
zalapac. Wspominalem juz, ze to adaptacja z powiesci kryminalnej, ale
Almodovar skupil sie raczej (nic to zreszta dziwnego) na powaznej analizie
uczuc i fascynacji, a nie na pokazaniu historii kryminalnej, w ktorej
morderca bylby np. transwestyta.

Rufus T. Firefly
25 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:

wiedzial wszystko. Nic nie kombinuje, po prostu nie pisze postow
z encyklopedia na kolanach i w tej chwili nie bardzo kojarze to
nazwisko :)


Oj, przepraszam. Sadzilem, ze po prostu wyraziles retoryczne zdziwienie
nad moja sympatia dla niej, a nie, ze pytales co to za jedna. Nina
Simone to dzis juz bardzo starszawa pani (oczywiscie czarna), spiewajaca
bluesa jak nikt inny. Podobnie jak Tom Waits udowodnila, ze mozna z
glosem pozornie nie nadajacym sie do spiewania osiagnac rzeczy
nieosiagalne dla wyszkolonych wokalistow z aksamitnym gardlem. Jednym
zdaniem - IMO jej chropowaty glos, proste melodie i przejmujace teksty
tna bez wysilku przez mieso do samych kosci. Tak jak wspominamy sobie
czasem o aktorach, ktorzy nie potrafia zle zagrac, Nina Simone to dla
mnie artystka, od ktorej nigdy nie slyszalem nieszczerej nuty. Krotko
mowiac mistrzyni. Rok temu slyszalem ja na koncercie - byc moze jednym z
ostatnich jakie da w zyciu. Ledwo sie ruszala, ledwo mowila, przez
pierwsza polowe wrecz falszowala - co z tego skoro sam jej widok mi
wystarczyl. Na chocby pare nut jej kawalkow od razu reaguje wrecz
organicznie. Na pewno znasz jej numer (najwiekszy hit) "My Baby Just
Cares For Me". W repertuarze ma mnostwo znacznie ciekawszych kawalkow,
ale ten akurat jakos sie wybil. W trakcie sceny w TCA ze zwracaniem
Moneta spiewa wlasnie Nina Simone.

Mam wrazenie, ze po tych wyjasnieniach choc odrobine usprawiedliwilem
swoj osobisty odbior filmu. Po prostu obok samego romansu, ktory uwazam
za bardzo udanie przedstawiony, w filmie niespodziewanie pojawilo sie
pare elementow, ktore mnie ruszaja.

Ciekawe, co piszesz o porownaniu TCA do Bonda. Skojarzenie wydaje
sie jak najbardziej na miejscu. Dodajac jeszcze, ze Brosnan byl
producentem (lub wspol-) filmu, tym blizsza staje sie wizja
'artystycznego Bonda'.


Tak, produkowala to jego firma. Zreszta najwyrazniej z bardzo dobrym
skutkiem - film ladnie na siebie zarabia na swiecie.

Pomysl z gromadka Magritte'ow fajny. W ogole swietnym pomyslem
jest uczynienie leitmotivem historii milosnej obrazu, ktory nie kojarzy
sie wprost z miloscia. Gdyby byl to np. jakis portrert Renoira, byloby
to pretensjonalne, a tak pozostaje prawdziwa Tajemnica.


Pelna zgoda. Dodam jeszcze jedna rzecz - film jest o doroslych
bohaterach. Przyjemnie zobaczyc wiarygodny romas miedzy doroslymi, a nie
nastolatkami, jak w wiekszosci filmow w ostatnich latach. I do tego w
amerykanskim filmie. Claude Sautet robi to wprawdzie nieporownywalnie
subtelniej, ale i tak bylo to dla mnie mile zaskoczenie.

Wiedzialem, ze musza odjechac razem, tylko nie wiedzialem jak do
tego dojda. Jakos nie moge sobie przypomniec duzego hollywoodzkiego
filmu z gatunku tzw. komedii sensacyjno-milosnej (skoro okreslenie
wodewil cie drazni :)), ktory by skonczylby sie rozejsciem sie dwojga.
Bylo cos takiego?


Pewnie cie lekko zastrzele - podobno oryginalna wersja Thomasa Crowna
tak sie konczy. Wiedzialem o tym juz wczesniej i w momencie kiedy na
ekranie w tej nowej wersji pojawia sie scena na nabrzezu stwierdzilem,
ze to swietne zakonczenie. Niestety, film trwal dalej... Co innego? Hmm,
Leon? OK, to troche inna beczka, ale wywoluje we mnie podobne odczucia.

R.

Amarot
25 Paź 1999, 03:00

| W Matadorze to Banderas jest dreczony: przez wscibska matke,
| ktora czuwa za drzwiami lazienki, gdy on sie tam kapie, przez
| sasiadke, ktora mu odmawia niezobowiazujacego seksu.
| Banderas tam to odpowiednik Kiki, zagubiony w swiecie,
| niedorosly.
Matadora juz widzialam dawno temu, wiec wchodzic w szczegoly nie chce -
jednak wrazenie, jakie po sobie ten film u mnie  pozostawil, jest calkiem
odmienne od tego o czym piszesz. Prawda, ze Banderas jest dreczony,
jednak dlaczego? Otoz dlatego, ze sam jeszcze doswiadczenia
w dreczeniu (czy moze 'wykorzystywaniu' w tym kontekscie,
o ktorym pisze W.O.) nie ma i nie wie jak sie je cos takiego jak kobieta.
Nie porownywalabym go do Kiki, raczej do bohatera Drzacego ciala,
choc tu ten temat jest inaczej, ciekawiej prowadzony - zreszta i tak
zdecydowanie bardziej lubie pozniego Almodovara.


Tez ogladalem Matadora dawno temu, nawiasem mowiac w przezabawnym
kinie Grunwald, gdzie dzwiek byl jak ze starej plyty gramofonowej :)
Czekaj, ale Banderas zadnej kobiety nie 'wykorzystal' w tym filmie.
Zgadzam sie, ze nie wie, jak sie je je, ale wczesniej szkolil (czy tez
probowal szkolic) sie jedynie w ranieniu bykow. Do dzis pamietam sceny,
gdy pod koniec filmu biedak jechal w samochodzie z pania psycholog
czy jakas lekarka i wygladal jak przekluty balon, ledwo zywy i oglupialy.

| Akurat w MoMM niejaki Lola umarl szczesliwy. Dowiedzial sie, ze mial
| dziecko, rozgrzeszyl sie przed byla zona. Wydaje mi sie, ze problem
| bierze sie stad, ze Almodovara nigdy nie rzucila kobieta ani nawet nie
| okazala mu obojetnosci, wiec gosc pewne sprawy idealizuje. Moim zdaniem
| Almodovar nie potrafi pokazac prawdziwych problemow mesko-damskich,
| bo ich po prostu nie zna, wiec wypelnia film dziwnymi ukladami: nacpana
| aktorka, ktora sypia ze starsza aktorka, z ktora gra w sztuce
| Williamsa; babka zabijajaca szpikulcem torreadorow itd.
| We WoMM moge tylko w pelni uwierzyc w psychologiczne
| motywacje matki, reszta postaci to takie zabawne, kolorowe
| twory. Mimo to udaje sie Almodovarowi - jak pisalem - ciekawie,
| humanistycznie zakonczyc film.
A moim zdaniem wlasnie Almodovar jak malo kto umie pokazac prawdziwe
problemy damsko-meskie, a osadzajac je w takim egzotycznym srodowisku i
okraszajac swoim nieprzewidywalnym humorem sytuacyjnym, pokazuje,
ze mozna przez to wszystko przejsc i nie zwariowac lub raczej - i nie
skonczyc jak wrak ludzki. I podobnie jest z jego zakonczeniami filmow
-  nie happy end, ale i nie tragiczny final - czyli zycie toczy sie
dalej,  jesli mu tylko na to pozwolic..


To zakonczenie odebralem jednak jako happy end. Wszyscy spotykaja sie
razem, dziecko wyzdrowialo. Ci, ktorych los byl nieuchronny juz niemal od
poczatku filmu, umarli, ale zycie calej reszty wyszlo na prosta.
Moze po prostu problem bierze sie stad, ze nie widzialem paru waznych
filmow Almodovara (Drzace Cialo), ale owo egzotyczne srodowisko,
o ktorym piszesz, nie pozwala mi w pelni przyjmowac jego opowiesci.

amarot

Amarot
25 Paź 1999, 03:00
[snip Nina Simone]

Mam wrazenie, ze po tych wyjasnieniach choc odrobine usprawiedliwilem
swoj osobisty odbior filmu. Po prostu obok samego romansu, ktory uwazam
za bardzo udanie przedstawiony, w filmie niespodziewanie pojawilo sie
pare elementow, ktore mnie ruszaja.


Pod twoim wplywem zmienilem nastawienie do TCA :) Tuz po wyjsciu
z kina nie bylem zachwycony, ale po przemysleniu  sprawy i dyskusji
stwierdzam, ze bylo tam jednak sporo elementow, czyniacych film
naprawde godnym obejrzenia.

Dodam jeszcze jedna rzecz - film jest o doroslych bohaterach.
Przyjemnie zobaczyc wiarygodny romas miedzy doroslymi, a nie
nastolatkami, jak w wiekszosci filmow w ostatnich latach. I do tego w
amerykanskim filmie. Claude Sautet robi to wprawdzie nieporownywalnie
subtelniej, ale i tak bylo to dla mnie mile zaskoczenie.


No nie, przeciez cala masa tych historyjek z Meg Ryan czy Julia Roberts
zawieraja doroslych bohaterow. Tutaj akurat nie dostrzegam az takiej
inwazji mlodych, jak na przyklad we wspolczesnym wysokobudzetowym
horrorze hollywoodzkim.

| Wiedzialem, ze musza odjechac razem, tylko nie wiedzialem jak do
| tego dojda. Jakos nie moge sobie przypomniec duzego hollywoodzkiego
| filmu z gatunku tzw. komedii sensacyjno-milosnej (skoro okreslenie
| wodewil cie drazni :)), ktory by skonczylby sie rozejsciem sie dwojga.
| Bylo cos takiego?
Pewnie cie lekko zastrzele - podobno oryginalna wersja Thomasa Crowna
tak sie konczy. Wiedzialem o tym juz wczesniej i w momencie kiedy na
ekranie w tej nowej wersji pojawia sie scena na nabrzezu stwierdzilem,
ze to swietne zakonczenie. Niestety, film trwal dalej... Co innego? Hmm,
Leon? OK, to troche inna beczka, ale wywoluje we mnie podobne odczucia.


Cisnie sie na klawiature Przminelo z Wiatrem, choc to ani komedia, ani
nie sensacja. Ale rozejscie sie bohaterow, ktorych widz mogl podejrzewac
o spelniony romans bylo tam pokazane. Capry ani innych rezyserow
z lat 30. robiacych duze hollywoodzkie komedie nie podejrzewam o takie
numery.

amarot

Rufus T. Firefly
25 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:
Pod twoim wplywem zmienilem nastawienie do TCA :) Tuz po wyjsciu
z kina nie bylem zachwycony, ale po przemysleniu  sprawy i dyskusji
stwierdzam, ze bylo tam jednak sporo elementow, czyniacych film
naprawde godnym obejrzenia.


Milo mi to slyszec. Ciekaw jestem jak zareaguje na drugi seans filmu -
zapewne wybiore sie na dniach, zanim film zniknie z ekranow. W sumie od
poczatku wygladalo na to, ze obaj zgadzamy sie co do niedociagniec w tym
filmie, tylko jakos w moim przypadku suma elementow dala wiecej niz by
sie to moglo wydawac z poszczegolnych skladnikow. Nie do konca to
rozumiem i dlatego moze trudno mi argumentowac.

| Dodam jeszcze jedna rzecz - film jest o doroslych bohaterach.
| Przyjemnie zobaczyc wiarygodny romas miedzy doroslymi, a nie
| nastolatkami, jak w wiekszosci filmow w ostatnich latach. I do tego w
| amerykanskim filmie. Claude Sautet robi to wprawdzie nieporownywalnie
| subtelniej, ale i tak bylo to dla mnie mile zaskoczenie.

No nie, przeciez cala masa tych historyjek z Meg Ryan czy Julia Roberts
zawieraja doroslych bohaterow. Tutaj akurat nie dostrzegam az takiej
inwazji mlodych, jak na przyklad we wspolczesnym wysokobudzetowym
horrorze hollywoodzkim.


Sprobuje sie wytlumaczyc - moze przegialem z tymi "nastolatkami", ale od
paru lat mam wrazenie, ze w amerykanskich romansach nie ma miejsca dla
ludzi po dwudziestym, czy najdalej po trzydziestym roku zycia. Julia
Roberts, Meg Ryan, Sandra Bullock to przeciez kobietki bardzo mlode -
najczesciej dwudziestokilkuletnie. Ucieszylo mnie to, ze w TCA ponad
40-letniemu Brosnanowi nie towarzyszy jakas dwudziestolatka (jak w
Bondzie), tylko kobieta w jego wieku. Naprawde nie moge spobie
przypomniec, kiedy ostatni raz widzialem przekonujacy amerykanski romans
z dojrzalymi bohaterami... Chyba Love Affair z Beattym i Bening z 1994.
W ogole wydaje mi sie, ze srednia wieku, dla ktorego kreci sie w Ameryce
filmy zjechala w tej dekadzie na leb na szyje. Pewnie po odkryciu, ze
najwieksza grupa widzow to ludzie z przedzialu 14-20.

R.

Amarot
25 Paź 1999, 03:00

| Pod twoim wplywem zmienilem nastawienie do TCA :) Tuz po wyjsciu
| z kina nie bylem zachwycony, ale po przemysleniu  sprawy i dyskusji
| stwierdzam, ze bylo tam jednak sporo elementow, czyniacych film
| naprawde godnym obejrzenia.
Milo mi to slyszec. Ciekaw jestem jak zareaguje na drugi seans filmu -
zapewne wybiore sie na dniach, zanim film zniknie z ekranow. W sumie
od poczatku wygladalo na to, ze obaj zgadzamy sie co do niedociagniec
w tym filmie, tylko jakos w moim przypadku suma elementow dala wiecej
niz by sie to moglo wydawac z poszczegolnych skladnikow. Nie do konca
to rozumiem i dlatego moze trudno mi argumentowac.


Rufus, nie probuj uzywac szkielka i oka do badania duszy :) Argumenty,

wystarczajace i nie trzeba chyba przeprowadzac zadnych sledztw.
Ja na przyklad jestem prawdopodobnie jedynym na swiecie fanem
filmu Freddiego Francisa Craze, ktory zbiera fatalne opinie, a ja go
uwielbiam i nie zamierzam nikomu tlumaczyc sie dlaczego ani
roozbierac go na skladniki pierwsze. Po prostu padlem ze smiechu
podczas jego projekcji.

| No nie, przeciez cala masa tych historyjek z Meg Ryan czy Julia Roberts
| zawieraja doroslych bohaterow. Tutaj akurat nie dostrzegam az takiej
| inwazji mlodych, jak na przyklad we wspolczesnym wysokobudzetowym
| horrorze hollywoodzkim.
Sprobuje sie wytlumaczyc - moze przegialem z tymi "nastolatkami", ale od
paru lat mam wrazenie, ze w amerykanskich romansach nie ma miejsca dla
ludzi po dwudziestym, czy najdalej po trzydziestym roku zycia. Julia
Roberts, Meg Ryan, Sandra Bullock to przeciez kobietki bardzo mlode -
najczesciej dwudziestokilkuletnie. Ucieszylo mnie to, ze w TCA ponad
40-letniemu Brosnanowi nie towarzyszy jakas dwudziestolatka (jak w
Bondzie), tylko kobieta w jego wieku. Naprawde nie moge spobie
przypomniec, kiedy ostatni raz widzialem przekonujacy amerykanski romans
z dojrzalymi bohaterami... Chyba Love Affair z Beattym i Bening z 1994.
W ogole wydaje mi sie, ze srednia wieku, dla ktorego kreci sie w Ameryce
filmy zjechala w tej dekadzie na leb na szyje. Pewnie po odkryciu, ze
najwieksza grupa widzow to ludzie z przedzialu 14-20.


Wydaje mi sie, ze po pierwsze obnizyla sie srednia wieku widza w kinie
i to nie wczoraj ani piec lat temu. Po drugie, ci mlodzi bohaterowie
pojawiaja sie juz na poczatku lat 70. Ali McGraw w klasycznym
melodramacie Love Story jako zywo jest mloda, Fonda tez grywala
w wielu komediach, wczesniej Bardotka. Pewnie ktos napisal o tym
spora ksiazke, analizujac jak rozwoj kina wplywal na statystyczny
wiek filmowych bohaterow. Ja bym widzial jako jedna z glownych
przyczyn rewolucje seksualna, ktorej efektem bylo wyrzucenie
na ekran mlodych postaci, ktore szukaly milosci.

Gdzies od poczatku lat 80. uznaje sie, ze zapanowal w Hollywoodzie
tzw. system gwiazd. Dziwnie sie sklada, ze wiekszosc z nich to mlodzi
ludzie i naturalne jest, ze partnerki Eddiego Murphy'ego i Travolty musialy
byc mlode.

amarot

Rufus T. Firefly
25 Paź 1999, 03:00

Amarot wrote:
Ja na przyklad jestem prawdopodobnie jedynym na swiecie fanem
filmu Freddiego Francisa Craze, ktory zbiera fatalne opinie, a ja go
uwielbiam i nie zamierzam nikomu tlumaczyc sie dlaczego ani
roozbierac go na skladniki pierwsze. Po prostu padlem ze smiechu
podczas jego projekcji.


No wlasnie, kazdy chyba ma takie "guilty pleasures", w ktorych zdaje
sobie sprawe z niedociagniec, a jednak zalicza film do swoich
ulubionych. Czasami to rzeczywiscie cos, za co mozna sie czuc winnym -
filmy obiektywnie slabe (obiektywnie = znakomita wiekszosc opinii), ale
czasami to rzeczy przeoczone przez innych. Ja mam dosc dluga liste, ale
blisko poczatku siedzi "White Hunter Black Heart" w rezyserii Eastwooda
- ogladam to czasami pare razy w roku. Nie wiem, czy przez nieustajace
uwielbienie dla Hustona (to o nim jest film) czy przez co innego, ale
jest w tym filmie mnostwo rzeczy, ktore mnie zawsze rozkladaja. Do tego
role Eastwooda uwazam za jedna z jego najlepszych.

Wydaje mi sie, ze po pierwsze obnizyla sie srednia wieku widza w kinie
i to nie wczoraj ani piec lat temu. Po drugie, ci mlodzi bohaterowie
pojawiaja sie juz na poczatku lat 70.


Rzecz nie w tym, kiedy sie pojawiaja, tylko w jakich proporcjach do
innych bohaterow. Nie rusza mnie podawanie przykladow, ze mlodzi byli w
kinie juz wczesniej, bo to oczywiste, ale kiedy nie moge sobie
przypomniec zadnego mainstreamowego amerykanskiego romansu ze starszymi
bohaterami w ciagu ostatnich 5 lat, a za ten sam czas potrafie wymienic
10 romansow z bohaterami dwudziestoparoletnimi, to juz jest problem.
Naprawde wydaje mi sie, ze przez te ostatnie lata raczej ucieka sie od
pokazywania na ekranie problemow milosnych (jakkolwiek kretynsko to
brzmi) doroslejszych ludzi. Jesli juz mamy starszego aktora, to
towarzyszy mu dwudziestolatka i sila rzeczy film jest o fascynacji
mlodoscia. jednym z powodow, dla ktorych tak cenie Johna Saylesa jest
wlasnie to, ze facet ciagle kreci filmy dla doroslych i olewa mody i
zmieniajacy sie wiek widowni.

R.

Sebastian Zurowski
25 Paź 1999, 03:00
Amarot napisał...

Moze po prostu problem bierze sie stad, ze nie widzialem paru waznych
filmow Almodovara (Drzace Cialo), ale owo egzotyczne srodowisko,
o ktorym piszesz, nie pozwala mi w pelni przyjmowac jego opowiesci.


Tylko nie ogladaj 'Wysokich obcasow', bo tam tez jest kilka interesujacych
pomyslow typu "prokurator-transwestyta" :)

anik
27 Paź 1999, 03:00

Amarot <ma@csfm.com.plwrote in message


Tez ogladalem Matadora dawno temu, nawiasem mowiac w przezabawnym
kinie Grunwald, gdzie dzwiek byl jak ze starej plyty gramofonowej :)
Czekaj, ale Banderas zadnej kobiety nie 'wykorzystal' w tym filmie.
Zgadzam sie, ze nie wie, jak sie je je, ale wczesniej szkolil (czy tez
probowal szkolic) sie jedynie w ranieniu bykow. Do dzis pamietam sceny,
gdy pod koniec filmu biedak jechal w samochodzie z pania psycholog
czy jakas lekarka i wygladal jak przekluty balon, ledwo zywy i oglupialy.


Ale przeciez ja nie pisalam, ze wykorzystal,  mialam na mysli jedynie to, ze
chcial i nie wiedzial jak.

To zakonczenie odebralem jednak jako happy end. Wszyscy spotykaja sie
razem, dziecko wyzdrowialo. Ci, ktorych los byl nieuchronny juz niemal od
poczatku filmu, umarli, ale zycie calej reszty wyszlo na prosta.
Moze po prostu problem bierze sie stad, ze nie widzialem paru waznych
filmow Almodovara (Drzace Cialo), ale owo egzotyczne srodowisko,
o ktorym piszesz, nie pozwala mi w pelni przyjmowac jego opowiesci.


Na kazde jedno szczesliwe zdarzenie mozna dobrac conajmniej jedno, ktore
takim nie jest, a to, ze Almovadar konczy film delikatnie akcentujac te
pozytywne, nie czyni jeszcze (IMO) z zakonczenia filmu happy endu. Spojrz
chocby na Kwiat mojego sekretu - mowisz, ze niewiele Almodovara widziales,
wiec spojlowac nie chce, ale tam jeszcze wyrazniej widac to, o czym teraz
pisze.

Ania

Rufus T. Firefly
2 Lis 1999, 03:00
Na poczatek wyjasnienie: wiem, ze watek juz zapetlil sie we wlasnych
dygresjach i zmarl; dolaczam sie z opoznieniem, bo film obejrzalem
dopiero teraz. Dla mnie to najlepszy Almodovar, jakiego widzialem, wiec
nie moge sie opanowac przed kilkoma komentarzami.

Wojciech Orlinski wrote:

Otoz bardzo odpowiada mi kreslona przez Almodovara wizja kobiety i stosunku
kobieta/mezczyzna.  Uwazam, ze milosc mezczyzny polega glownie na
krzywdzeniu kobiety.  Tak to skonstruowala natura. Tak zwane 'zyli dlugo i
szczesliwie' oznacza przeciez tylko tyle, ze 'zrobil jej mnostwo
dzieciakow, uniemozliwiajac jej samodzielne zycie, zamykajac ja w areszcie
domowym na dlugie lata'. Tej wlasnie wizji Almodovar poswieca swoje kino.
Pokazuje kobiety jako istoty moralnie doskonalsze od egoistycznych, latwo
poddajacych sie manipulacji, glupich, krotkowzrocznych mezczyzn (Kika!).


Podpisuje sie pod tym, choc robie to niechetnie. Niechetnie dlatego, ze
jest to teoria, ktora mi sie nie podoba, a ktorej od lat nie potrafie
zaprzeczyc, mimo ze chcialbym zeby bylo inaczej. Jesli moge sobie
pozwolic na osobista wtyke - chodzi mi o to, ze o ile zgadzam sie z tym
twierdzeniem, o tyle prywatnie staram sie, zeby akurat w moim zyciu bylo
inaczej (oczywiscie z roznym skutkiem). W przypadku Almodovara i jego
ujecia tej wizji stosunkow mezczyzna-kobieta mam zwykle tylko jeden
problem - jego kobiety mnie rozkladaja, ale jego mezczyzn zupelnie nie
kupuje. To w wiekszosci polglowki, nieudacznicy albo zapatrzone w siebie
palanty - postacie (w moim wlasnym mniemaniu) na tyle oddalone od mojego
charakteru, ze nie pozwalaja mi do konca wlaczyc sie w ogladany film.
Moze z tego powodu jest ze mna tak, jak wczesniej pisalem - podoba mi
sie mniej wiecej co drugi film Almodovara, zwykle w przeciwfazie do
ogolnych tendencji (np. bylem zachwycony Kika, ale pozostalem srednio
przekonany do Drzacego ciala). "Wszystko o mojej matce" zaskoczylo mnie
tym, ze bylem poruszony na poziomie emocjonalnym, a nie standardowym dla
moich reakcji na Almodovara absurdalno-zabawnym.

Jesli juz ujmujemy sprawe stosunkow damsko meskich w taki sposob, musze
powiedziec, ze znacznie bardziej odpowiadaja mi meskie postacie Rohmera.
Tutaj mezczyzni sa zwykle ludzmi inteligentnymi, myslacymi, jakos
ustawionymi w zyciu i najczesciej charakteryzujacymi sie sprecyzowanym
swiatopogladem. Dopiero z czasem wychodzi z nich hipokryzja - oczywiscie
pod wplywem pojawiajacej sie kobiety. U Rohmera kobiety od razu wiedza
czego chca i choc mezczyznie wydaje sie to smieszne i za proste, z
czasem okazuje sie, ze wlasnie to podejscie bylo bardziej naturalne i
pozbawione hipokryzji. Idealem byloby dla mnie filmowe polaczenie kobiet
Almodovara z mezczyznami Rohmera.

R.

Wojciech Orlinski
3 Lis 1999, 03:00
Tako rzecze Rufus T. Firefly:

| domowym na dlugie lata'. Tej wlasnie wizji Almodovar poswieca swoje kino.
| Pokazuje kobiety jako istoty moralnie doskonalsze od egoistycznych, latwo
| poddajacych sie manipulacji, glupich, krotkowzrocznych mezczyzn (Kika!).
Podpisuje sie pod tym, choc robie to niechetnie.


Przywiozlem sobie wlasnie z Londynu 'Pepe, Luci i Bom', az sie boje
sprawdzac, jak ten film (debiut pelnometrazowy Almodovara) sie ma do moich
teoryj...

problem - jego kobiety mnie rozkladaja, ale jego mezczyzn zupelnie nie
kupuje. To w wiekszosci polglowki, nieudacznicy albo zapatrzone w siebie
palanty -


Tacy jestesmy, stary. Nie ma sie co oszukiwac.

Amarot
3 Lis 1999, 03:00
[snip]

| problem - jego kobiety mnie rozkladaja, ale jego mezczyzn
| zupelnie nie kupuje. To w wiekszosci polglowki, nieudacznicy
| albo zapatrzone w siebie palanty -
Tacy jestesmy, stary. Nie ma sie co oszukiwac.


Jak to bylo: 'Jesli 1000 osob uwaza film za kultowy, to jest on
kultowy tylko dla tego tysiaca osob'? Zupelnie wiec nie rozumiem
dlaczego jakis wlasny, dziwaczny sad nagle probujesz rozdmuchiwac
do rozmiarow obiektywizmu. Hej, naprawde nie zauwazasz, ze w
co ktoryms poscie przeskakujesz z jednej strony barykady
na druga? :) Mi to tam nie przeszkadza, ale twoi biedni
dyskutanci z sf-f ciagle pozostaja zdezorientowani

amarot

Wojciech Orlinski
3 Lis 1999, 03:00
Tako rzecze Amarot:

| problem - jego kobiety mnie rozkladaja, ale jego mezczyzn
| zupelnie nie kupuje. To w wiekszosci polglowki, nieudacznicy
| albo zapatrzone w siebie palanty -
| Tacy jestesmy, stary. Nie ma sie co oszukiwac.
Jak to bylo: 'Jesli 1000 osob uwaza film za kultowy, to jest on
kultowy tylko dla tego tysiaca osob'? Zupelnie wiec nie rozumiem
dlaczego jakis wlasny, dziwaczny sad nagle probujesz rozdmuchiwac
do rozmiarow obiektywizmu.


Rufus uzyl bezpiecznego okreslenia 'w wiekszosci' - zatem w tym wypadku
dosc bezpiecznie moge wyglosic ten poglad i udowodnienie mi, ze nie mam
racji jest chyba niemozliwe (w kazdym razie, nie umiem sobie wyobrazic
kontargumentu - 'przeprowadzono niezalezne badania, wedlug ktorych tylko
34.2389 procent mezczyzn to polglowki lub zapatrzone w siebie palanty'). W
ogole nie widze sprzecznosci miedzy tym, co cytujesz (poprawnie) o
kultowosci, a stwierdzeniem, ze wiekszosc mezczyzn to palanty.

Hej, naprawde nie zauwazasz, ze w
co ktoryms poscie przeskakujesz z jednej strony barykady
na druga? :)


Zauwazylbym gdybym napisal, ze wiekszosc mezczyzn to nie sa palanty.

PS. Czy ogladal ktos juz 'Straight Story' Lyncha? Absolutnie genialna
rzecz.

Amarot
4 Lis 1999, 03:00

| problem - jego kobiety mnie rozkladaja, ale jego mezczyzn
| zupelnie nie kupuje. To w wiekszosci polglowki, nieudacznicy
| albo zapatrzone w siebie palanty -
| Tacy jestesmy, stary. Nie ma sie co oszukiwac.
| Jak to bylo: 'Jesli 1000 osob uwaza film za kultowy, to jest on
| kultowy tylko dla tego tysiaca osob'? Zupelnie wiec nie rozumiem
| dlaczego jakis wlasny, dziwaczny sad nagle probujesz rozdmuchiwac
| do rozmiarow obiektywizmu.
Rufus uzyl bezpiecznego okreslenia 'w wiekszosci' - zatem w tym wypadku
dosc bezpiecznie moge wyglosic ten poglad i udowodnienie mi, ze nie mam
racji jest chyba niemozliwe (w kazdym razie, nie umiem sobie wyobrazic
kontargumentu - 'przeprowadzono niezalezne badania, wedlug ktorych tylko
34.2389 procent mezczyzn to polglowki lub zapatrzone w siebie palanty').
W ogole nie widze sprzecznosci miedzy tym, co cytujesz (poprawnie) o
kultowosci, a stwierdzeniem, ze wiekszosc mezczyzn to palanty.


Rufus uzyl tego okreslenia opisujac filmowy swiat Almodovara, a ty
od razu to ogolniles, przenoszac na obszar calej planety Ziemi.
Poza tym, czemu piszesz, ze jest to okreslenie bezpieczne?
Potrafilbys pokazac, ze okolo poltora miliarda mezczyzn to
nieudacznicy i palanty? Bo stwierdzenie 'wiekszosc'
oznacza wiecej, niz polowe.

| Hej, naprawde nie zauwazasz, ze w
| co ktoryms poscie przeskakujesz z jednej strony barykady
| na druga? :)
Zauwazylbym gdybym napisal, ze wiekszosc mezczyzn to nie sa palanty.


Moim zdaniem powinienes zauwazac, jesli raz wzbraniasz sie
przed skakaniem od szczegolu do ogolu, a moment pozniej
sam to ochoczo robisz.

PS. Czy ogladal ktos juz 'Straight Story' Lyncha? Absolutnie genialna
rzecz.


Jestes o pare miesiecy do przodu - tutaj, w Polsce dopiero pojawily
sie plakaty Eyes Wide Shut ('Wiele rzczy widzialem, ale czegos
takiego... nigdy'), a o Lynchu cicho :) Moglbys napisac pare
niespoilerujacych fabule zdan?

amarot



Podobne tematy:
Spoiler kart oraz zapowiedzi dodatku
SVART CROWN (Francja) / Nihilizzm / Na Skraju Ciszy
Spoilery
Spoilery
Sezon 5 - ogólne spoilery
Spoiler kart oraz zapowiedzi dodatku
SVART CROWN (Francja) / Nihilizzm / Na Skraju Ciszy